Mimo śnieżnej zimy większość Polski cierpi dzisiaj na dramatyczny niedobór wody gruntowej. Schną rabaty i uprawy. Rolnicy i hydrolodzy rozpaczliwie wypatrują deszczu.

Południowe Podlasie, końcówka kwietnia. Zimno. Do Polski napływa arktyczne powietrze — niemal w całym kraju temperatura spadła poniżej 10 st. C, a nocami pojawiają się przymrozki. Patrzę na swój ogród, który o tej porze roku powinien już mienić się kolorami tulipanów i żonkili, i widzę, że przymrozki wcale nie są tu największym problemem. Kwiaty, które ledwo zdążyły rozkwitnąć, pochyliły się ku ziemi. Wyraźnie brakuje im wody — a przecież o tej porze roku nie powinno się to zdarzać.

Ten rok jest jednak wyjątkowy. Przez niemal cały kwiecień nie spadł tu praktycznie żaden deszcz, a jeśli już, były to drobne, przelotne opady, które nie miały szans porządnie zwilżyć ziemi. I nie tylko na Podlasiu deszczu jest jak na lekarstwo.

— Sytuację w wielu regionach można określić wręcz jako dramatyczną — mówi Przemysław Barczyk, meteorolog i zastępca dyrektora Centrum Meteorologicznej Osłony Kraju IMGW-PIB. Choć w kwietniu miejscami pojawiały się opady, były one wyłącznie regionalne i zdecydowanie niewystarczające. — W rzeczywistości mamy za sobą dwa miesiące bardzo suchego okresu w Polsce, obejmującego niemal cały obszar kraju — podkreśla meteorolog.

Ta trudna sytuacja zaczęła się już w marcu, kiedy normy opadowe zostały osiągnięte zaledwie w około 10-30 proc. na znacznym obszarze kraju. — W Suwałkach było to nawet 0 proc. Lepsze wyniki dotyczyły jedynie regionu Podhala i Podbeskidzia, gdzie opady w marcu były w normie, a nawet nieco powyżej — mówi Mateusz Barczyk.

Mniej więcej do 23 lutego sytuacja była zadowalająca, bo mieliśmy i śnieg, i regularne opady. — Następnie rozpoczęły się okresy odwilży, podczas których wilgoć w pewnym stopniu zasilała wegetację. Jednakże okres wiosenny charakteryzuje się nieustającym zapotrzebowaniem roślinności na wilgoć, więc zgromadzone zasoby zostały bardzo szybko skonsumowane — mówi

Mateusz Barczyk. — Marzec był bardzo ciepły. Niedobór opadów, wysoka temperatura i nasłonecznienie powodowały intensywne parowanie. Zamiast pozostać w glebie i być dostępną dla roślinności, woda ulegała parowaniu, co miało znaczący wpływ na bilans wodny. Klimatyczny bilans wodny dla marca w niemal całej Polsce był zdecydowanie ujemny — to znaczy, że z gleby odparowało znacznie więcej wody, niż do niej wpłynęło — mówi meteorolog.

Ta trudna sytuacja jeszcze pogłębiła się w kwietniu. — W kwietniu na większości terytorium kraju opady wyniosły od 40 do zaledwie 5 proc. normy wieloletniej. Jedynie miejscami w Wielkopolsce, na Ziemi Lubuskiej i Łódzkiej odnotowaliśmy około 70-100 proc. normy ze względu na deszcz sprzed niecałych dwóch tygodni, który nieco złagodził tamtejszą sytuację. Jednak także w tych regionach występowały długie okresy bez opadów lub z minimalnymi opadami — mówi Mateusz Barczyk. Dlatego w końcówce kwietnia w aż 68 proc. rzek polskich hydrolodzy notują niski stan wód, wody średnie notowane są w 31 proc. rzek, a zaledwie w 1 proc. z nich woda jest wysoka.

W kwietniu wystąpiły też poważne przymrozki i możliwe, że pojawią się jeszcze w maju. — Chociaż niska temperatura nieco zmniejsza parowanie, czyni szkody kwitnącej roślinności i różnym zalążkom roślin, które już się rozwinęły. To również bardzo dojmujący i istotny problem. Mimo wyraźnego ocieplenia w pierwszym tygodniu maja prognozy zakładają nawracający chłód w kolejnych tygodniach — mówi meteorolog.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version