Na pierwszy rzut oka notowania KO wyglądają dobrze, a rząd trzyma się mocno. Ale jeśli przyjrzeć się bliżej, widać poważne problemy. Strukturalny konflikt w koalicji, sytuacja w ochronie zdrowia, która grozi implozją systemu, a do tego widmo kryzysu gospodarczego. Przed Donaldem Tuskiem trudne miesiące.

W ostatni czwartek rząd przetrwał głosowanie nad dwoma wnioskami o wotum nieufności dla dwóch ministr: klimatu, Pauliny Hennig-Kloski oraz zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Koalicja Obywatelska pewnie prowadzi w sondażach, prawica jest podzielona i skłócona, a żadnego pozytywnego „efektu Czarnka” nie widać.

Mimo to Donald Tusk nie może spać spokojnie. Przed jego rządem stoi bowiem kilka poważnych problemów, które nierozwiązane mogą zmienić się w polityczną bombę wybuchającą premierowi w rękach przed przyszłorocznymi wyborami.

Pierwsze wyzwanie to sytuacja wewnątrz koalicji. 30 kwietnia udało się uniknąć kompromitującej dla wszystkich zainteresowanych sytuacji. Posłowie Polski 2050, poza jednym wyjątkiem, nie zagłosowali przeciw ministrze ze współtworzonego przez siebie rządu i swojej byłej partyjnej koleżance. Strukturalny problem z obecnością w koalicji Polski 2050 i napięciami, jakie generuje obecne przywództwo tego ugrupowania, pozostaje jednak nierozwiązany.

Partia i jej liderka, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, doszli do wniosku, że powodem utraty poparcia przez Polskę 2050 było to, że nie odróżniała się ona dość wyraźnie od większego partnera, KO i nie dość mocno domagała się realizacji swoich postulatów w koalicji. Dziś Pełczyńska-Nałęcz próbuje ustawić się wobec Tuska jako bardzo asertywny, by nie powiedzieć konfrontacyjny koalicjant. Często wypowiada się o rządzie ostrzej niż niejeden polityk opozycji. Co gorsza, zgłaszając takie propozycje, jak podwyższenie drugiego progu podatkowego, wchodzi w kompetencje innych członków rządu i wychodzi poza obszary, jakimi w myśl umowy koalicyjnej ma zajmować się jej ugrupowanie.

Tusk z jednej strony nie może sobie pozwolić na przejście do opozycji 15 posłów Polski 2050, bo bez nich rząd nie będzie miał większości. Z drugiej, nie może pozwalać ustawiać rządowej agendy liderce partii z poparciem na poziomie 0,7 proc. Byłoby to destrukcyjne dla równowagi sił w koalicji, osłabiałoby też premiera w oczach opinii publicznej. Nie można też udawać, że problemu nie ma, bo prędzej czy później może się on skończyć niekontrolowanym kryzysem w koalicji. Pretekstem mogłyby być np. ewentualne zarzuty dla Szymona Hołowni w związku Collegium Humanum.

Co więc robić? Najlepiej oczywiście byłoby znaleźć formułę umożliwiającą współpracę Polski 2050 w koalicji na akceptowalnych dla obu stron warunkach — tylko dziś wydaje się to próbą rozwiązania politycznej kwadratury koła. Można też rozegrać sprawę na twardo, np. wyciągając posłów z Polski 2050, obiecując im miejsca na listach KO albo posady w ministerstwach, tak by rząd miał dość szabel, by móc podziękować za współpracę Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz i najbardziej lojalnym wobec niej posłom. To jednak też bardzo politycznie kosztowny i ryzykowny scenariusz. Problem Polski 2050 może więc dręczyć Tuska aż do następnych wyborów.

Drugą tykającą bombą jest system ochrony zdrowia. Luka w budżecie NFZ może wynieść w tym roku między 18 a 23 mld zł. Szukając koniecznych oszczędności, rząd wprowadził w kwietniu ograniczenia w finansowaniu nadwykonań badań diagnostycznych, co wydłuża kolejki i utrudnia dostęp do takich usług, jak rezonans magnetyczny, tomografia czy kolonoskopia.

Jest to idealna sytuacja dla opozycji. Zyskuje ona wygodny temat do ataku na rząd, odwołujący się do bezpośrednich doświadczeń wyborców odbijających się od szpitalnej rejestracji. Koalicja jest tu wzięta w dwa ognie: z lewej atakuje ją Partia Razem, z prawej — Prawo i Sprawiedliwość.

Oczywiście, także w czasie rządów PiS system ochrony zdrowia nie działał tak, jak życzyliby sobie tego obywatele. Obecna koalicja obiecywała jednak, że w przeciwieństwie do PiS nie będzie głodzić sektora publicznego. Miała zainwestować w niego tak, by w końcu działał na poziomie, jakiego obywatele mają prawo oczekiwać w państwie aspirującym do grona 20 największych gospodarek świata.

Tymczasem problem z ochroną zdrowia nie zniknie też przed wyborami. Eksperci szacują, że bez radykalnej zmiany w finansowaniu ochrony zdrowia luka w budżecie NFZ będzie się jeszcze powiększać z roku na rok. Niewykonana dziś diagnostyka „wróci” do systemu w postaci kosztów leczenia zbyt późno rozpoznanych chorób.

Problemu ochrony zdrowia nie da się rozwiązać, nie zwiększając finansowania. A do tego konieczne byłoby albo podniesienie składki zdrowotnej, albo podatków — zwłaszcza dla zamożniejszych. A na to nie będzie zgody w koalicji, podobnie jak na działania racjonalizujące wydatki — np. zamykanie niektórych oddziałów w szpitalach w wyludniających się ośrodkach. W warunkach silnej polaryzacji każdy taki ruch nawet, gdyby zgodziła się na niego koalicja, będzie bardzo politycznie kosztowny.

Jeśli do wyborów w obszarze zdrowia nie będzie nagłego kryzysu mobilizującego społeczne emocje, to systemowe problemy mogą okazać się względnie politycznie mało kosztowne dla koalicji — ale długoterminowo to dziś jeden z największych problemów rządu.

W 2023 r. jedną z przyczyn klęski PiS była drożyzna i przekonanie części wyborców, że dla ich osobistego interesu lepsza będzie zmiana władzy. Te same względy będą odgrywały rolę w wyborach za rok. Według kwietniowego badania CBOS aż 66 proc. Polaków ocenia sytuację ekonomiczną swojego gospodarstwa domowego jako dobrą — o 3 pkt proc. więcej niż w marcu.

Dwie trzecie Polaków dobrze ocenia swój poziom życia. To bardzo korzystny wynik dla każdego rządu. Daje nadzieję, że wyborcy uznają za rok, że zmiana władzy nie jest na razie w ich interesie. I będzie ich wystarczająco dużo, by obecny układ mógł zapewnić sobie drugą kadencję. Rząd wyraźnie liczy, że opowieść o gospodarczym sukcesie, możliwym między innymi dzięki uwolnieniu środków z KPO, pozwoli mu obronić władzę. Zamówione przez rząd reklamy zachwalające to, jak KPO odmieniło Polskę, są już emitowane przed seansami w kinach.

Pytanie jednak, czy tych planów nie pokrzyżuje recesja wywołana przez przeciągający się konflikt na Bliskim Wschodzie i związany z nim wzrost cen ropy naftowej i niedobory tego surowca. Ciągle nie widać końca wojny w Iranie, a eksperci przestrzegają, że wraz z kolejnymi sprzecznymi deklaracjami i zwrotami Trumpa świat może właśnie nieświadomie wkraczać w recesję.

Rząd uruchomił narzędzia, by chronić obywateli przed chwilowym wzrostem cen paliw, jednak jego możliwości ochrony Polaków przed ewentualną globalną recesją będą o wiele mniejsze. Choć w takim scenariuszu część społecznego gniewu spadnie na sklejony z Trumpem obóz PiS, to obywatele za złą sytuację gospodarczą będą też winić rząd. Tusk nie ma żadnego wpływu na to, co zrobi Trump, działania amerykańskiego prezydenta mogą jednak bardzo znacząco wpłynąć na polityczną przyszłość polskiego premiera.

Przed następnymi wyborami Tusk będzie też musiał rozwiązać problem: jak zoptymalizować listy wyborcze strony rządowej tak, by z jednej strony żaden głos nie zmarnował się pod progiem. A z drugiej tak, by maksymalnie zmobilizować wyborców wszystkich środowisk na lewo od PiS.

Niezależnie od tego, jak ułożą się listy, trzeba też jakoś przekonać wyborców, by maksymalnie zmobilizowali się do głosowania na rząd, który jeszcze co najmniej przez trzy lata będzie funkcjonował we frustrującej dla wszystkich kohabitacji z prezydentem Nawrockim.

Być może, dręcząc rząd kolejnymi wetami, Nawrocki gra na maksymalne zmęczenie elektoratu obecnej koalicji. Tak by wyborcy mieli poczucie, że nie ma sensu głosować, bo nawet jeśli Tusk utrzyma władzę, to każdą inicjatywę rządu i tak zablokuje prezydent. Tusk już teraz musi pracować nad pomysłem, jak jeszcze przed kampanią rozwiać podobne wątpliwości swoich wyborców i przełamać powodowaną przez nie polityczną apatię.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version