To on nadzorował transfery milionów dolarów na rzecz Solidarności, wykonywanych pod osłoną CIA i z błogosławieństwem Opus Dei. Gdy Watykan grał z Amerykanami i hiszpańskimi ultrakatolikami na jednym fortepianie, to Paul Marcinkus był ich kasjerem — i klawiszem w jednym. Ale prawdziwa Sodoma zaczyna się nie w sejfie, tylko w sypialni.
Do Cicero w okolicach Chicago w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku lepiej się było nie zapuszczać. Robotnicze miasto pełne imigrantów — głównie Czechów, Polaków, Litwinów i Włochów — było po prostu niebezpieczne. To nie była Ameryka, którą znamy z nowszych czasów. Na dodatek Cicero kontrolowała mafia. I to nie byle jaka — Al Capone i jego Chicago Outfit. Al nie dostał tego rewiru. Wygrał z innymi gangami.
Dziś to się może wydawać dziwne, ale kiedy w Stanach Zjednoczonych zakazano sprzedaży alkoholu, nielegalny handel nim zaczęły kontrolować gangi, które uruchamiały potężne destylarnie i tajne bary. Al Capone był symbolem zorganizowanej przestępczości w Stanach Zjednoczonych. W 1931 roku został skazany na jedenaście lat więzienia za unikanie płacenia podatków i zmarł w 1947 roku na skutek powikłań związanych z kiłą.
Paul Casimir Marcinkus urodził się 15 stycznia 1922 roku w Cicero i niemal od początku związany był z jedną z największych litewskich parafii w USA — St. George Parish w dzielnicy Pilsen w Chicago — która stanowiła duchowe i społeczne centrum dla litewskich imigrantów. Znana ze stylu architektonicznego inspirowanego kulturą i tradycjami starej ojczyzny, parafia została zamknięta w 1990 roku z powodu malejącej liczby wiernych i problemów finansowych. Przetrwała zatem prawie wiek, bo założono ją w 1892 roku.
Marcinkus po ukończeniu szkoły średniej postanowił wstąpić do seminarium duchownego w Mundelein, niedaleko Chicago, gdzie studiował filozofię i teologię. Jest to nadal jedno z najważniejszych seminariów w Stanach Zjednoczonych, które kształci elity i organizuje seminaria dla liderów.
I pielgrzymka do Polski papieża Jana Pawła II w 1979 r. Z lewej Paul Marcinkus, odpowiedzialny za program i bezpieczeństwo pielgrzymki, z prawej osobisty sekretarz papieża ks. Stanisław Dziwisz.
Foto: Teodor Walczak/PAP
Wysoki, silny, inteligentny i dobrze wykształcony poliglota, jakim był Marcinkus, idealnie się nadawał na reprezentanta tej uczelni. I jak to bywa w Kościele katolickim, musiał mieć protektorów, którzy ukierunkowali jego ambicje. Pierwszym był kardynał Samuel Stritch, który urodził się 17 sierpnia 1887 roku w Nashville w stanie Tennessee w rodzinie irlandzkich imigrantów. Uznawany za cudowne dziecko, ukończył szkołę podstawową w wieku dziesięciu lat, a średnią cztery lata później. W 1901 roku rozpoczął studia w St. Gregory’s Preparatory Seminary w Cincinnati, a następnie kontynuował edukację w Rzymie, gdzie zdobył doktoraty z filozofii i teologii. Podczas pobytu w Wiecznym Mieście zaprzyjaźnił się z Eugeniem Pacellim, przyszłym papieżem Piusem XII. W wieku dwudziestu dwóch lat dzięki dyspensie papieża Piusa X Stritch został wyświęcony na kapłana przez kardynała Pietra Respighiego. Dyspensa była potrzebna z bardzo prostego powodu: Stritch był za młody na święcenia kapłańskie według ówczesnej dyscypliny kanonicznej. Pius X miał ją wydać z charakterystycznym uzasadnieniem, że Stritch jest „młody latami, ale stary inteligencją”. Samuel Stritch urodził się 17 sierpnia 1887 roku, a święcenia kapłańskie przyjął 21 maja 1910 roku w bazylice laterańskiej. Miał więc dwadzieścia dwa lata i dziewięć miesięcy.
Po powrocie do USA pełnił funkcje duszpasterskie w diecezji Nashville, a w 1921 roku został mianowany biskupem Toledo w stanie Ohio. W 1930 roku objął stanowisko arcybiskupa Milwaukee, a dziewięć lat później został arcybiskupem Chicago. W 1946 roku papież Pius XII mianował go kardynałem, a w 1958 roku powierzył mu funkcję proprefekta Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, czyniąc go pierwszym Amerykaninem na czele watykańskiej dykasterii.
Stritch dostrzegł potencjał w Paulu Marcinkusie, młodym seminarzyście z Chicago. Zachwycony jego zdolnościami językowymi i organizacyjnymi, umożliwił mu studia w Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie w 1947 roku. Dzięki temu Marcinkus rozpoczął karierę w Watykanie — początkowo pracował w Sekretariacie Stanu, a następnie jako osobisty ochroniarz papieża Pawła VI.
Kiedy 27 listopada 1970 roku papież Paweł VI przybył do Manili na Filipinach z pierwszą wizytą poza Europą, na płycie lotniska czekał na niego uzbrojony w nóż mężczyzna. Na szczęście dla papieża jego przyjaciel Marcinkus — który nazywany był Gorylem, bo miał posturę chicagowskiego boksera i akcent twardy jak amerykański beton, metr osiemdziesiąt osiem wzrostu oraz bary jak kredens z lat pięćdziesiątych — był w pobliżu i narażając swoje życie, uratował papieża. W podzięce za szybkie myślenie i działanie Paweł VI podarował mu kielich, którego używał podczas wyświęcania kapłanów w trakcie tej wizyty. Na spodzie kielicha znajduje się osobisty napis: „Kielich używany przez papieża Pawła VI podczas święceń kapłańskich w Manili 28 listopada 1970 r. Dar Pawła VI dla Paula C. Marcinkusa”. Ale już wcześniej, kiedy Montini został papieżem, Marcinkus stał się jego zaufanym człowiekiem: organizował pielgrzymkę do Ziemi Świętej w 1964 roku, a rok później zabezpieczał wizytę papieża w ONZ — osobiście blokował dostęp do Pawła VI, co wzbudziło podziw. Dlatego papież wiedział, że Marcinkus to człowiek, który potrafi radzić sobie w trudnych sytuacjach — i że zawsze będzie lojalny.
W 1969 roku Paweł VI mianował Marcinkusa arcybiskupem, a dwa lata później powierzył mu Bank Watykański — instytucję, która była kluczem do finansowych tajemnic Kościoła. Marcinkus nie pasował do watykańskiej scenerii z pocztówek. Nie był od kontemplacji — był od kont. Tam, gdzie inni biskupi sunęli w sutannach i pachnącej kadzidłem ciszy, on wchodził drzwiami, które wcześniej wyważył. Zamiast brewiarza dzierżył bilans aktywów. Zamiast modlitwy wolał wykonać telefon do Zurychu. Taki agent finansowy w purpurze, prezes Banku Watykańskiego, dla niepoznaki zwanego Instytutem Dzieł Religijnych. Pod jego kuratelą IOR stał się pralnią do wynajęcia przez mafię, polityków i tajne służby. To przez jego ręce przechodziły brudne miliony — i to on miał dostęp do szafki z sekretami, których nie udźwignąłby żaden spowiednik.
Gdy papież Jan Paweł I niespodziewanie zmarł po trzydziestu trzech dniach pontyfikatu — akurat wtedy, gdy planował dymisję Marcinkusa — Goryl był jednym z ostatnich, którzy widzieli go żywego. Przypadek? Teoria spiskowa? Być może. Dowodów nigdy nie przedstawiono, ale smród podejrzeń unosił się wokół Marcinkusa aż do emerytury w słonecznej Arizonie, gdzie dożył swych dni daleko od świętych relikwii, a blisko pól golfowych.
W 1982 roku Londyn obudził się z kacem, którego nie da się zapomnieć. Pod przęsłem Blackfriars Bridge — Mostu Czarnych Braci — wisiało ciało mężczyzny w garniturze. Ubrany był schludnie, a umarł z cegłami w kieszeniach, powieszony w sposób teatralny, niemal rytualny. To był Roberto Calvi, prezes Banco Ambrosiano, który jeszcze kilka dni wcześniej szukał azylu w Watykanie i prosił o ochronę. Opuścił ten świat tak, jak żył: zawieszony między pieniędzmi a grzechem. Marcinkus znał Calviego doskonale — przez lata byli partnerami w finansowej grze, która łączyła Watykan, mafię i lożę masońską Propaganda Due. IOR, którego Marcinkus był prezesem, był jednym z największych udziałowców Banco Ambrosiano. Przez te instytucje przepływały setki milionów dolarów — mafii, CIA, dotacji na „antykomunistyczne” misje i Bóg wie co jeszcze.
Calvi jak każdy gangster z duszą buchaltera prowadził notatki. Kiedy finanse jego banku zaczęły tonąć, a włoska prokuratura coraz mocniej waliła w drzwi, próbował ratować się wpływami. W czerwcu 1982 roku uciekł z Włoch z paszportem na fałszywe nazwisko i choć szukał ratunku w Watykanie, Marcinkus odciął się od niego w ostatniej chwili. Rzym milczał. Kalwiński poker skończył się na londyńskim moście. Wiadomo tylko jedno: śmierć Calviego była ostrzeżeniem, a jednocześnie zatarciem śladów.
Po niej Watykan wpadł w panikę i ogłosił, że IOR „nie ponosi odpowiedzialności” za upadek Banco Ambrosiano. „Kościół nie odpowiada za bank, a bank nie odpowiada za Kościół” — to zdanie Marcinkusa przeszło do historii jako przykład watykańskiego humoru sytuacyjnego. Ale włoscy prokuratorzy nie mieli nastroju do żartów. Wystawili nakaz aresztowania arcybiskupa. Marcinkus — korzystając z immunitetu państwa kościelnego — schował się w Watykanie i przez kilka lat żył de facto w złotej klatce, otoczony ochroną, plotkami i wyczekującym milczeniem prasy. A w tle trwało sprzątanie: zniknęły dziesiątki milionów dolarów, usuwano fałszywe faktury, likwidowano fundusze do walki z komunizmem, przekupywano polityków, a może i wykonywano transfery dla polskiej Solidarności. Gdy w końcu papież pod naciskiem dyplomacji zmusił Marcinkusa do dymisji, ten wyjechał do Arizony i zamieszkał w willi ze sztucznym jeziorem i klimatyzacją na trzy strefy.
Paul Marcinkus i Roberto Calvi to duet w stylu Sodomy: jeden nosił koloratkę, drugi — zegarek Patek Philippe. Obaj mieli w rękach najświętsze i najbrudniejsze pieniądze XX wieku. Ich historia pokazuje, że Watykan to nie tylko świątynia — to również bank, scena i pole bitwy.
***
Rzym, lato 1983 roku. Miasto było duszne od spalin, polityki i tajemnic. Ciepłe popołudnia drgały od zapachu kawy, benzyny i czegoś jeszcze unoszącego się w powietrzu, co było trudniejsze do uchwycenia — strachu. 22 czerwca jak co środę piętnastoletnia Emanuela Orlandi wsiadła do autobusu numer 64, którym pojechała na lekcje muzyki. Nigdy nie wróciła.
Historia, która zaczęła się jak zwykłe zaginięcie, z czasem zamieniła się w najciemniejszą tajemnicę powojennych Włoch. Dziewczyna była obywatelką Watykanu. Jej ojciec pracował w Prefekturze Domu Papieskiego. Jan Paweł II znał ją osobiście. A jednak zniknęła bez śladu. Przez lata wokół tej sprawy gęstniała mgła domysłów, a w jej centrum pojawiła się postać arcybiskupa Paula Marcinkusa.
Właśnie ten trop okazał się kluczowy w sprawie Orlandi. Zeznania Sabriny Minardi, kochanki rzymskiego bossa mafijnego Enrica De Pedisa, wskazują, że Marcinkus miał zlecić porwanie Emanueli. Dlaczego? Bo pieniądze mafii, które miały leżeć bezpiecznie w Watykanie, zostały potajemnie przelane na konta podziemnych kanałów wspierających Solidarność, a mafia poczuła się oszukana. Według Minardi to właśnie ona przekazała Emanuelę człowiekowi Watykanu. Do spotkania doszło przy stacji benzynowej na Viale delle Mura Aurelie. Dziewczynę odebrał „prałat” — emisariusz Marcinkusa.
Przekaz był jasny: mafia nie żartuje. Chce zwrotu pieniędzy. Dziewczyna miała być kartą przetargową, a może tylko pretekstem, by coś ugrać. Nikt nie miał planu, co zrobić, jeśli Watykan nie ustąpi. I nikt nie chciał zadawać pytań. Co szczególnie przerażające — Emanuela miała być przetrzymywana w prywatnych apartamentach watykańskich. Zeznania świadków i nagrania sugerują, że dziewczyny — Orlandi i Mirella Gregori, która również tajemniczo zaginęła przed Orlandi — były wykorzystywane przez prałatów, a potem „zniknęły”, gdy stały się zbyt niewygodne. W sprawę zamieszany był Enrico De Pedis — boss mafii, który po śmierci został pochowany w… Bazylice Świętego Apolinarego, zarządzanej przez Opus Dei. Zgodę na pochówek wydał kardynał Poletti. Watykan w tej sprawie milczał, a media huczały. Dopiero w 2012 roku ciało De Pedisa wyprowadzono z kościoła, ale ślad po Emanueli zaginął na zawsze.
Wszystko się łączy: ciemnozielone BMW, którym Emanuela miała być uprowadzona, należało do Flavia Carboniego, człowieka zamieszanego w śmierć Roberta Calviego, „bankiera Boga”, który zawisł pod londyńskim mostem. Carboni współpracował z Marcinkusem przy operacjach bankowych. Calvi — jak wiadomo — zginął, gdy zaczął mówić. Emanuela? Po prostu zniknęła.
Czy Marcinkus rzeczywiście zlecił to porwanie? Czy działał za plecami Jana Pawła II, czy z jego błogosławieństwem? Ile z tych pieniędzy naprawdę trafiło do Polski? A może to wszystko był tylko teatr cieni, w którym dziewczyna była rekwizytem? W jednym z nagrań mafijny informator mówi o nocnych eskapadach Jana Pawła II i dwóch polskich prałatów. W tle: młode dziewczęta, apartamenty watykańskie i milczenie starsze niż jakakolwiek msza. Emanuela Orlandi stała się symbolem. A Marcinkus? Za Jana Pawła II osiągnął status nietykalnego. Papież, jak notuje Frédéric Martel, darzył go sympatią — może nie tylko duszpasterską. Ich relacja była „braterska”, jak eufemistycznie piszą watykańscy kronikarze. W praktyce oznaczało to jedno: Marcinkus robił, co chciał. Bez pytań i bez konsekwencji. To on nadzorował transfery milionów dolarów na rzecz Solidarności, wykonywanych pod osłoną CIA i z błogosławieństwem Opus Dei. Gdy Watykan grał z Amerykanami i hiszpańskimi ultrakatolikami na jednym fortepianie, to Marcinkus był ich kasjerem — i klawiszem w jednym. Ale prawdziwa Sodoma zaczyna się nie w sejfie, tylko w sypialni. Zgodnie z ustaleniami Martela („Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie”, Kraków 2019) Marcinkus był gejem — i jak sugerują źródła watykańskie, utrzymywał relacje z członkami Gwardii Szwajcarskiej, którym zresztą chętnie pożyczał swojego Peugeota 504, szary metalik, o pięknych obiciach ze skóry. Ze swoim partnerem — szwajcarskim księdzem — podobno mieszkał przez lata. I nawet wtedy, kiedy przebywał w areszcie domowym w Watykanie, wciąż bezwstydnie podrywał.
„Skandale Watykanu”
Foto: Wydawnictwo Prószyński
Fragment książki „Skandale Watykanu. Władza, sekrety i upadek papieskiego dworu” Artura Nowaka i Stanisława Obirka wydanej przez Wydawnictwo Prószyński Tytuł, lead i skróty od redakcji „Newsweeka”.





