Badania laboratoryjne pokazują, że nasza uwaga nie jest gorsza niż dawniej. Problem w tym, że wymagamy od niej jazdy na najwyższych obrotach. Więc raczej nie jesteśmy głupsi, tylko bardziej wycieńczeni. Innymi słowy, stworzyliśmy sobie środowisko, w którym nie potrafimy funkcjonować — mówi psycholog prof. dr hab. Edward Nęcka.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Edward Nęcka: Gdybym miał wskazać czynnik, który w ostatnich latach szczególnie przyspieszył ten proces, byłyby to tzw. media społecznościowe, na które wolę mówić platformy plotkarskie. Media w klasycznym tego słowa znaczeniu są godne szacunku. Podlegają prawu prasowemu, przestrzegają standardów redakcyjnych, biorą odpowiedzialność za to, co publikują. Portale społecznościowe żadnej kontroli praktycznie nie mają. Można tam opublikować wszystko, a im bardziej coś jest kontrowersyjne i podważające status quo, tym szybciej to idzie w świat i tym lepsze robi zasięgi.

— Ludzie od zawsze mieli potrzebę posiadania autorytetów, a jednocześnie ich podważania. Różnica polega na zasięgach. Kiedyś takie poglądy krążyły lokalnie, dziś mogą w kilka godzin stać się „prawdą” dla setek tysięcy osób. To ułatwia deprecjonowanie nauki oficjalnej, a przy tym promuje treści śmieciowe.

— To ważny aspekt. Ktoś kiedyś powiedział, że naukowcy to też ludzie, tylko jeszcze bardziej. I tak, nauka bywa wplątana w procesy, które nie zawsze są społecznie korzystne. Możemy oczywiście zapytać, czy to jest wciąż nauka, a nie biznes. Ale tymczasem zaufanie spada. Jeśli ktoś widzi, że nauką da się „podeprzeć” każdą tezę, zaczyna się jej dyskredytacja. A przecież nauka rzetelna działa odwrotnie: podważa, sprawdza, testuje, szuka warunków brzegowych. Tego nie widać w mediach.

— Ta granica leży tam, gdzie zaczyna się pseudonauka. Klasyczny przykład to badania nad nieszkodliwością palenia tytoniu finansowane przez koncerny — to bardzo niechlubna karta nauki. Chociaż nawet w tym wypadku, jak to w nauce bywa, nic nie jest jednoznaczne. Powtarzam swoim studentom, że gdyby papierosy nie szkodziły na serce i płuca, byłyby lekarstwem, podobno ich działanie na mózg jest bardzo pozytywne, np. uspokajają, poprawiają koncentrację. A w psychologii jednym z najbardziej bolesnych przykładów przekroczenia granic były tzw. terapie reparatywne, czyli próby „leczenia” homoseksualności, prowadzone w czasach, gdy uznawano ją za zaburzenie. Co za tym idzie, wymyślano procedury, które miały leczyć to zaburzenie, a te bywały skrajnie nieetyczne. Bywało też, że „sprawdzanie skuteczności” miało nierzetelną metodologię, która polegała na dzwonieniu do pacjentów z pytaniem, czy już im przeszło. Dziś to działania marginalne i potępiane przez główny nurt nauki, ale pokazują, jak światopogląd i uprzedzenia mogą wejść do praktyki terapeutycznej pod pozoremnauki.

— Teoria i metodologia są jak mapa i kompas. Bez teorii nie wiadomo, co się właściwie mierzy i dlaczego akurat to ma znaczenie; bez metodologii nie wiadomo, czy wynik coś znaczy, czy też jest zwykłym szumem informacyjnym. Dla osoby szukającej pomocy konsekwencją skrótów bywa strata czasu, pieniędzy, a czasem pogłębienie problemu, bo dostaje „diagnozę z mema” albo technikę, która pasuje do hasła, nie do człowieka. Dla specjalisty to ryzyko zawodowego wypalenia i utraty etycznego kręgosłupa: jeśli zaczyna obiecywać szybkie rozwiązania, prędzej czy później musi albo się z tego wycofać, albo iść w coraz większą przesadę. A dla dyscypliny to utrata wiarygodności: ludzie przestają odróżniać rzetelną psychologię od jej pop wersji.

— To, że psychologia jest obecna, mnie cieszy. Pamiętam czasy, gdy musiała udowadniać, że do czegokolwiek się przydaje. Ale wahadło rzeczywiście wychyliło się w drugą stronę. Dziś psychologizuje się wszystko: wypadek, katastrofę, konflikt polityczny. I natychmiast pada pytanie: „Co na to psycholog, co nam to mówi o psychice?”. A czasem więcej wyjaśni prawnik, lekarz czy policjant. Psycholog może coś dołożyć, ale nie zawsze powinien być pierwszym komentatorem.

— Sam bym chciał wiedzieć, gdzie jest ta granica. To naprawdę jest poważny problem. Popularyzacja wymaga języka potocznego, a język potoczny jest nieścisły. W psychologii wiele terminów pochodzi z mowy codziennej, ale w nauce znaczą coś innego. „Motywacja” potocznie to „powód” albo „zachęta”, a w psychologii to złożony mechanizm, zaczynając od mózgowego układu nagrody, a kończąc na społecznym ukierunkowaniu działań. Po drodze mamy takie składniki motywacji, jak cele, energia, wytrwałość, zmęczenie. Inny przykład: „inteligencja” ludziom miesza się z mądrością, wiedzą, wrażliwością, a czasem wręcz przeciwnie — z machiawelistyczną manipulacją, no a w psychologii to przede wszystkim zdolność umysłowa służąca do rozwiązywania problemów. Takich rozjazdów jest mnóstwo, to jedno z ważniejszych źródeł deformacji. Zresztą ten problem istnieje nie tylko w psychologii, ale też w innych naukach społecznych czy nawet w filozofii. Pojęcie „intencja” ma w języku potocznym zupełnie inne znaczenie niż dla filozofów. Drugim źródłem deformacji jest to, że nauka rzadko daje nam proste odpowiedzi. Ludziom trudno jest zaakceptować, że nauka wciąż nie wie wielu rzeczy albo wie tylko z pewnym przybliżeniem.

— W świecie głodnym natychmiastowych odpowiedzi „To zależy” trudno się sprzedaje. A w psychologii jest ono często najuczciwszą odpowiedzią, bo zachowanie człowieka faktycznie zależy od wielu czynników działających jednocześnie. „To zależy” dotyczy też innych nauk społecznych, ekonomii czy polityki. Ale ludzie nie kupują takich wyjaśnień. I te zastrzeżenia, i obostrzenia ludzi nudzą, bo wymagają czasu, cierpliwości, doprecyzowań. Wiedza naukowa z definicji jest złożona. A ludzie wolą przekaz szybki i jednoznaczny.

— Nawet w prestiżowych czasopismach duża część artykułów jest cytowana rzadko albo wcale. System wytwarza publikacje, które są ważne dla kariery, dla kolejnych grantów, dla „ciągłości produkcji”. To nie znaczy, że te prace są złe, one przechodzą surowy proces recenzencki. Chodzi raczej o to, że społeczny obieg wiedzy jest niewspółmierny do skali produkcji. A w tym czasie uwagę przechwytują krótkie formaty.

— Może warto najpierw zadać pytanie, po co ludziom jest potrzebna wiedza o świecie. Pozornie po to, żeby wiedzieć i rozumieć, ale w gruncie rzeczy często po to, żeby mieć poczucie, że się coś wie, poczucie kontroli. Ludzie bardzo źle znoszą poczucie braku wpływu na swoje życie. Prosta narracja, nawet fałszywa, potrafi przynajmniej na jakiś czas uśmierzyć lęk czy niepokój. W poznaniu tak zwanym potocznym — bo jest dział psychologii, który bada takie zjawisko jak poznanie potoczne — są twierdzenia niekiedy bardzo proste, czasem wręcz prostackie, wzajemnie sprzeczne i często nieudowodnione, bo wielu ludziom wystarcza, że one pasują im do osobistego doświadczenia i pozwalają „zamknąć” temat. Nauka działa inaczej: drąży, weryfikuje, szuka wyjątków i warunków. Dlatego przekazywanie rzetelnej wiedzy naukowej w postaci popularnej jest bardzo trudne, a nawet ryzykowne.

— Da się. Sam od lat próbuję popularyzować wiedzę. Gdybym w to nie wierzył, już dawno bym przestał. A upraszczać trzeba, aby być zrozumiałym, bo nauka jest częścią kultury i społeczeństwa — jeśli przestanie się komunikować, będzie istniała jedynie „sama dla siebie”, a to już zupełnie nie miałoby sensu. Metafora i analogia są świetnymi narzędziami, bo pozwalają oprzeć się na doświadczeniu codziennym. Na przykład potoczna wiedza o pamięci jest sprzeczna z wiedzą naukową, bo opiera się na błędnej metaforze. Pamięć nie jest zestawem klipów wideo, raczej zapisem w Wikipedii, którą różni autorzy mogą w różnym czasie edytować, przy słabej albo nieefektywnej moderacji. Jeśli spojrzymy na ludzką pamięć przez metaforę Wikipedii, łatwiej nam będzie zrozumieć różne sztuczki, które ona wyczynia, na przykład podsuwanie całkowicie fałszywych „wspomnień”.

— Atrakcyjnością. Z tym trudno wygrać, ale trzeba płynąć na tej fali. Także naukowcy, nawet w moim wieku, zaczynają publikować na Instagramie. To jedyna droga, jeśli chcesz, żeby twoje rzeczy czytali nie tylko koledzy z instytutu. Ja sam mam swój profil.

— Przyznaję, że jest niesamowicie trudno, bo jestem przyzwyczajony do wykładów, które trwają 45 minut albo dwa razy tyle. Ale to również świetne wyzwanie. Można się oczywiście obrazić na czasy i udać na emeryturę albo emigrację wewnętrzną, ale można też robić swoje w nowej formie.

— Efekt Flynna opiera się głównie na danych z XX w. Prawdziwa inwazja internetu i platform to XXI w., zwłaszcza po 2010 r. Więc jest to otwarte pytanie, czy ten wzrost się utrzyma. To po pierwsze. Po drugie, ten wzrost mógł wynikać z poprawy warunków życia i edukacji, zwłaszcza biedniejszej części społeczeństwa. Po trzecie, nawet jeśli umysł jest coraz sprawniejszy, środowisko stawia mu dziś znacznie większe wymagania. Badania laboratoryjne pokazują, że nasza uwaga nie jest gorsza niż dawniej. Problem w tym, że wymagamy od niej jazdy na najwyższych obrotach. Więc raczej nie jesteśmy głupsi, tylko bardziej wycieńczeni. Innymi słowy, stworzyliśmy sobie środowisko, w którym nie potrafimy funkcjonować. Ja jednak jestem optymistą i zwolennikiem teorii, że świat mimo wszystko jest coraz lepszy. Per saldo oczywiście.

— To prawda, że świat pędzi i nadążanie za wszystkim jest coraz trudniejsze. Tylko tu trzeba odróżnić dwie rzeczy: konieczne uproszczenie i naukę śmieciową. Uproszczenie służy temu, aby w ogóle rozmawiać z odbiorcą. Nauka śmieciowa zaczyna się wtedy, gdy zamiast tłumaczyć złożoność, ktoś zaczyna fantazjować, obiecywać pewniki, ignorować ograniczenia i warunki.

— Trzeba mieć nadzieję. Coraz więcej ludzi studiuje i podstawowe elementy metody naukowej się powoli przedostają do wiedzy potocznej. Na przykład to, że zamiast uporczywie potwierdzać hipotezę, czasem prościej jest ją sfalsyfikować, czyli wykluczyć jej fałszywość. No i być może, mam taką nadzieję, w pewnym momencie będziemy już społeczeństwem myślącym naukowo na co dzień.

— Nie mówię tu o aparatach, statystyce czy matematyce, ale o sposobach myślenia. Co to znaczy, że mam hipotezę? Co to znaczy, że mam teorię? Są tacy, którzy nie chcą pochodzić od małpy, więc dyskredytują teorię ewolucji, mówiąc, że to jest tylko teoria.

W takim sformułowaniu mieści się ciche założenie, że teoria jest fantazją, wymysłem. A w języku naukowym teoria to nie jeden z wielu pomysłów, ale udowodniony zestaw twierdzeń powiązanych z jakąś myślą przewodnią, który oczywiście ma status taki, że to może się okazać fałszywe, niepełne itd., ale to nie jest wymysł.

To kolejny rozdźwięk między językiem potocznym a naukowym.

— Myślę, że częściowo tak. Ludzie jednak często nie odróżniają nauki rzetelnej od śmieciowej. I dlatego ulegają różnym wpływom.

I też nie oszukujmy się, ludzie potrzebują cudów, oczekują niemożliwego, fascynują się magią, duchowością, transcendencją i paranauką. To nasza namiastka religii w coraz bardziej świeckich czasach. I ta potrzeba jest silna, więc pogoda na szarlatanów była, jest i będzie zawsze.

Ludzie też lubią historie, metafory, proste ramy — i to nie jest samo w sobie złe.

Problem zaczyna się wtedy, gdy rama udaje dowód. Jeżeli edukacja będzie ćwiczyć nawyk zadawania pytań („Skąd to wiadomo?”, „Jak to zmierzono?”, „Co mogłoby to obalić?”), szansa rośnie.

Nie wyeliminujemy szarlatanerii całkowicie, ale możemy wzmocnić kulturę myślenia.

Edward Nęcka — psycholog, dziekan Wydziału Psychologii Uniwersytetu SWPS, filia w Krakowie, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk. Prowadzi badania nad różnicami indywidualnymi w zakresie procesów poznawczych, inteligencji człowieka, twórczości i wybitnych uzdolnień. Zajmuje się również badaniem technik rozwiązywania problemów i twórczego myślenia. Autor 11 książek i współautor licznych prac badawczych poświęconych twórczości, inteligencji i samokontroli

Dellfina Dellert — dziennikarka, współautorka książki „Zbrodnia i seks. Kim są i jak działają przestępcy seksualni”, reżyserka dokumentalna, artystka, arteterapeutka, założycielka FlowLab — Laboratorium Twórczego Rozwoju i Terapii Ekspresyjnej

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version