Trochę po cichu w Koalicji Obywatelskiej dobiegają końca wybory szefów struktur partyjnych. W sobotę etap pierwszy, czyli wybory w kołach najniższego szczebla, w niedzielę drugi — wybory baronów regionalnych i przewodniczącego partii. Tu spoiler — zostanie nim Donald Tusk. Ale na niższych szczeblach w kilku miejscach doszło do poważnych starć. Oto kulisy walk w KO.

Donald Tusk nie ma żadnej konkurencji, bo nikt po prostu nie odważył się wystartować przeciwko niemu. Ma więc wygraną w kieszeni, ale równie ważne zawsze było dla niego poukładanie sobie partii tak, żeby nie wyrastały w niej frakcje, które mogłyby mu zaszkodzić, albo po cichu knuć. Dlatego przynajmniej w kilku miejscach dojdzie do starć i wyraźnie widać będzie tam rękę przewodniczącego. Do tego rozrosnąć ma się zarząd partii, a to oznacza, że władza jeszcze bardziej — o ile to w ogóle możliwe — będzie w rękach Tuska. Do nowego zarządu mają wejść Barbara Nowacka, była szefowa Inicjatywy Polskiej i rzecznik rządu Adam Szłapka, były szef Nowoczesnej. Oboje mają to wynegocjowane od chwili połączenia partii z Platformą Obywatelską w Koalicję Obywatelską.

Starcie, które w sposób oczywisty jest starciem Tuska z regionalną strukturą partyjną, odbywa się na Dolnym Śląsku. To region szczególnie specyficzny dla Koalicji Obywatelskiej. A konkretnie dla Platformy Obywatelskiej, której środowisko wciąż dominuje w KO. Pozostali mają ograniczoną siłę polityczną. Platforma od początku dominowała na Pomorzu (skąd pochodzi Tusk) i na Dolnym Śląsku (gdzie działał Grzegorz Schetyna). To podział sprzed 25 lat, kiedy partia powstawała, ale do tej pory wpływy Schetyny na Dolnym Śląsku są dość silne i cała historia PO w tym regionie jest związana z jego wzlotami i upadkami.

To Tusk stał za odebraniem Schetynie władzy nad Dolnym Śląskiem w czasie słynnego zjazdu w październiku 2013 w Karpaczu. Był to moment upadku Schetyny. Trzy lata później, kiedy tylko został szefem partii, jedną z pierwszych decyzji było rozwiązanie jej struktur w regionie i pozbycie się Jacka Protasiewicza. Cztery i pół roku temu w kolejnych wyborach wystartował Michał Jaros, przez lata uważany za jednego z najbliższych ludzi Protasiewicza. Wygrał, chociaż jego kontrkandydata popierali zarówno Tusk, jak i Schetyna.

A teraz ponownie Tusk i Schetyna wystawiają przeciwko niemu kandydatkę, która ma poparcie większości znanych polityków PO. To wicemarszałkini Sejmu Monika Wielichowska. Bardzo sprawdziła się w kampaniach wyborczych. W ostatniej sejmowej kampanii była z Tuskiem „w trasie” prawie przez cały czas. Prowadziła zarówno duże wiece, jak i mniejsze spotkania. Niewątpliwie należy do grona polityków, którzy są bezdyskusyjnie wierni przewodniczącemu KO.

Z kolei Jaros zaliczył kilka wpadek, niektóre co prawda są dziełem samego Tuska, ale przecież premier nie będzie ich brał na siebie. Podstawowym problemem jest prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk. Nie ma znaczenia, że to sam Tusk zdecydował o poparciu Sutryka w ostatnich wyborach samorządowych. Jaros miał reprezentować PO, ale premier postawił na dotychczasowego włodarza miasta. A ten przyciągnął problemy. Jest jedną z osób, które usłyszały zarzuty w związku ze sprawą Collegium Humanum; są też liczne wątpliwości dotyczące działania spółek miejskich. Jaros bardzo sprawnie budował swoją siłę w regionie, regularnie odwiedzał struktury i zwiększał zasoby. Ale jednocześnie wszedł w konflikty, bo lokalna polityka potrafi być zdecydowanie bardziej brutalna niż centralna. W kilku miejscach postawił na lokalnych, partyjnych przywódców, których rządy nie spodobały się strukturom. I Jaros za to zapłaci. A także za wsparcie takich baronów jak Robert Kropiwnicki, który trzyma Legnicę twardą ręką, ale jego zarządzanie w Ministerstwie Aktywów Państwowych i ustawianie swoich ludzi w każdej niemal podległej mu spółce nie pozostało niezauważone. Wielichowska z kolei ma po swojej stronie bardzo silnego w regionie Schetynę, a także Barbarę i Bogdana Zdrojewskich, którzy wciąż mają wpływy w partii, Piotra Borysa oraz prezydentów mniejszych miast regionu.

Interesująco jest w Wielkopolsce, bo odchodzi wieloletni szef regionu Rafał Grupiński. Robi to bez walki. O jego miejsce starają się poseł Jarosław Urbaniak i wiceminister spraw zagranicznych Marcin Bosacki. Co ciekawe, w regionie nagle przybyło działaczy i to nie dawnej PO. Sprawę opisała Gazeta Wyborcza. Do KO masowo zaczęli zgłaszać się działacze rozwiązanej Inicjatywy Polskiej Barbary Nowackiej. Jak na to, że była to partia kanapowa i w chwili połączenia miała zadeklarowanych niespełna 70 członków, obecne liczby są szokujące, bo w samym Poznaniu chciało się dopisać 200 osób. Wygląda to na typowe pompowanie kół. Zwłaszcza że z doniesień wewnątrz partii słychać, że to układ z ludźmi jednego z kandydatów i członkowie dawnej IP mają poprzeć Jarosława Urbaniaka.

Mimo że jest zdecydowanie mniej medialny niż Marcin Bosacki, w regionie ma potężne wpływy. Co ciekawe Bosacki nie dostał oficjalnego wsparcia od swojego szefa Radosława Sikorskiego. Sikorski jest obecnie nieoficjalnym numerem dwa w partii. Wielu polityków KO uważa, że gdyby to on startował przeciwko Karolowi Nawrockiemu, miałby większe szanse niż Rafał Trzaskowski.

W województwie lubuskim przeciwko dotychczasowemu szefowi regionu, Waldemarowi Sługockiemu, wystartował wojewoda Marek Cebula. Sługocki od lat jest baronem partyjnym w regionie, ale ostatni czas nie był dla niego zbyt dobry. Po pierwsze wyleciał z rządu — Tusk wywalił go ze stanowiska wiceszefa resortu rozwoju i technologii, bo ten nie był na głosowaniu w Sejmie w sprawie depenalizacji aborcji. Koalicja głosowanie przegrała, a wiceminister wyleciał. Tyle że nikt nie sprawdził, że był wtedy w służbowej podróży do Stanów Zjednoczonych i po prostu nie miał jak wziąć udziału w głosowaniu. Problemem dla premiera było także to, że Sługocki szczycił się dyplomem MBA uzyskanym w Collegium Humanum. Tyle, że takie dyplomy mają też obecna wiceminister rodziny i wiceminister administracji i nikomu to specjalnie nie przeszkadza. W partii dymisję Sługockiego odebrano jako efekt walki wewnętrznej i utraty zaufania premiera. Cebula z kolei ma doskonałe stosunki w regionie i potrafi budować swoje zaplecze.

Ciekawie jest na ścianie wschodniej, bo tutaj Koalicja Obywatelska jest najsłabsza. Plan jest niby prosty a w praktyce prawie niewykonalny — odbić regiony PiS-owi, wykonać taką pracę u podstaw, żeby w następnych wyborach przynajmniej zmniejszyć dystans. O szefowanie na Podkarpaciu walczy Paweł Kowal, co jest pewnym zaskoczeniem dla wielu lokalnych polityków. Kowal co prawda pochodzi z Rzeszowa, ale od lat kojarzony jest wyłącznie z Warszawą. W dodatku na Podkarpaciu bywa bardzo rzadko, co podkreśla jego konkurentka posłanka Joanna Frydrych.

W dziesięciu regionach obecni szefowie nie mają konkurencji i nikt nie odważył się rzucić im rękawicy. W niektórych przypadkach wyłącznie dlatego, że i tak mają pod górkę. Tak jest w przypadku prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego. Lokalni politycy przyznają, że kilka osób rozważało start przeciwko niemu, ale w sytuacji, gdy już uzbierano wystarczającą liczbę podpisów pod wnioskiem o referendum, dodatkowa dyskusja o przywództwie w regionie tylko by Miszalskiego osłabiła, a obrona Krakowa jest obecnie ważniejsza niż wewnętrzna walka w partii.

Ale są też takie przypadki jak Marcina Kierwińskiego w Warszawie. Odważny, który chciałby zaryzykować wojnę ze stołecznym baronem, jeszcze się nie znalazł i szybko się nie znajdzie. Podobnie jest na Mazowszu — cztery lata temu region przeszedł z rąk Andrzeja Halickiego w ręce Jana Grabca (na specjalne życzenie Donalda Tuska) i tak pozostanie. Także Pomorze (Mieczysław Struk) i Kujawsko-Pomorskie (Tomasz Lenz) wciąż będą w tych samych rękach. To samo dotyczy łódzkiego (Cezary Tomczyk), Podlasia (Krzysztof Truskolaski), Śląska (Wojciech Saługa), warmińsko-mazurskiego (Jacek Protas), świętokrzyskiego (Artur Gierada) i zachodniopomorskiego (Olgierd Geblewicz). Przynajmniej w połowie tych przypadków oznacza to, że w partii kompletnie nic się nie zmieni, co gwarantuje trwanie dotychczasowej stagnacji.

Jest także kilka dość spektakularnych powrotów z politycznej banicji. O stanowisko szefa opolskiej KO walczy Robert Węgrzyn. To poseł, którego Tusk z hukiem wyrzucił z partii po jego medialnych deklaracjach, że „z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”. Był to element debaty o związkach partnerskich, jaka toczyła się w PO 15 lat temu. Poseł wygłaszał wtedy również opinie, że „z innymi niż naturalne związkami nie należy się obnosić”. Ciekawe, czy jak już zostanie opolskim baronem partii, to dostosuje się do obecnie obowiązującej linii.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version