Sprawą zajęli się już: Marcelina Zawisza z Partii Razem oraz Dariusz Matecki i Maciej Wąsik z PiS. I jak błaha na tle ogólnych problemów systemu ochrony zdrowia nie wydawałaby się sprawa radnego Dawida Kacprzyka, ma ona potencjał, by stać się poważnym politycznym kłopotem dla rządu.
Jak w poniedziałek poinformował szef warszawskich struktur KO Marcin Kierwiński, radny stołecznej dzielnicy Ursus Dawid Kacprzyk złożył rezygnację z członkostwa w partii, a ta została przyjęta. Kacprzyk znalazł się na czołówkach mediów, kiedy Patryk Słowik z portalu Zero ustalił, że w zeszłym roku jako lekarz Kacprzyk zarobił w placówkach publicznej służby zdrowia 1,6 mln zł, choć nie ma jeszcze lekarskiej specjalizacji. Co więcej, zgodnie z dokumentacją, miał pracować w Warszawskim Szpitalu Południowym, gdzie jest koordynatorem SOR-u, średnio 11 godz. dziennie każdego dnia roku. Tyle że w dniach, gdy zgodnie z grafikiem powinien być na dyżurze, zajmował się działalnością polityczną — spotkaniami z politykami czy występami w telewizji.
Odejście Kacprzyka z partii nie rozwiązuje problemu. Afera z jego udziałem uderza w trzy bardzo czułe punkty KO: „koryciarstwo”, stan służby zdrowia i wizerunek partii elit. A przez to trudno będzie zakończyć temat, przedstawiając sprawę jako może oburzający, ale całkowicie odosobniony przypadek.
Dawid Kacprzyk? Opozycja już odpaliła artylerię
Tym bardziej że opozycja — zarówno ta prawicowa, jak i z Partii Razem — już odpaliła artylerię. Specjalizująca się w tematach ochrony zdrowia Marcelina Zawisza z Partii Razem ogłosiła, że składa doniesienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez Kacprzyka. Powód? W czasie, gdy publiczny szpital płacił mu za dyżur, on mógł brać udział w politycznych eventach. — Prokuratura powinna zajmować się koryciarskimi skokami na kasę — oceniła posłanka. I można spodziewać się, że słowo „koryciarstwo” będzie w kontekście radnego Kacprzyka w najbliższych dniach wielokrotnie wracać w przekazie jej partii.
Także media społecznościowe polityków PiS pełne są radnego z Ursusa. Działacze największej partii opozycyjnej wyszukują filmiki dokumentujące polityczną aktywność radnego i pytają, czy nie powinien być wtedy przypadkiem na dyżurze. Maciej Wąsik — dziś w europarlamencie — wrzucił zdjęcie Kacprzyka z Jurkiem Owsiakiem z podpisem: „Kolesie z KO łupią upadające szpitale, żeby potem wysyłać dzieci z puszkami na ulicę, aby ratowały służbę zdrowia. Potem tłusty procent dla kierownictwa fundacji, a na koniec foteczka, jacy jesteśmy zajebiści i jak »POmagamy« potrzebującym”. Sprawą zajął się też jeden z najbardziej zaciętych polityków prawicy w mediach społecznościowych Dariusz Matecki, radząc z wyraźną satysfakcją mediom liberalnym, by zajęły się warunkami zatrudnienia Kacprzyka, tak jak zajmowały się jego etatem w Lasach Państwowych.
Wszystkie te ataki odpalane są, zanim jeszcze pojawiły się jakiekolwiek konkretne dowody, że Kacprzyk faktycznie dostał pracę albo mógł pracować na wyjątkowo korzystnych warunkach dzięki partyjnym kontaktom. Jeśli pojawią się najmniejsze przesłanki wskazujące, że tak faktycznie mogło być, to opozycja nie będzie miała litości i nagłośni je wszelkimi możliwymi kanałami, nakręcając maksymalne oburzenie wokół sprawy.
Przypadek Kacprzyka. KO wolno mniej
Oczywiście, Matecki nie tylko mający opinię „pierwszego hejtera polskiej polityki”, ale też oskarżony przez prokuraturę o fikcyjne zatrudnienie w Lasach Państwowych i udział w ustawianiu konkursów z Funduszu Sprawiedliwości jest ostatnią osobą, która byłaby przekonująca dla normalsów w rozliczaniu politycznej korupcji czy sprzecznego z prawem i przyzwoitością nadużywania politycznych kontaktów dla osobistych celów. Podobnie jak Maciej Wąsik — skazany nieprawomocnie razem z Mariuszem Kamiński za nadużycie władzy w tzw. aferze gruntowej, a gdy sąd uznał, że ułaskawienie przed prawomocnym wyrokiem przez prezydenta Andrzeja Dudę nie było ważne, ukrywający się przed policją w Pałacu Prezydenckim. W latach 2015-23 można wskazać wiele osób z orbity PiS, których zatrudnienie za świetne pieniądze w spółkach skarbu państwa trudno było wytłumaczyć inaczej niż ich politycznymi kontaktami.
Niemniej takie ataki, kto by ich nie dokonywał, są wielkim problemem dla KO. Bo partii Tuska wolno tu znacznie mniej niż PiS. Jej elektorat — poza tym fanatycznym — ma mniejszą tolerancję dla politycznej korupcji, zmobilizował się w 2023 r., by skończyć z aferami typu „willa plus” czy z tym, co działo się w Funduszu Sprawiedliwości.
KO ma też wizerunek „partii elit” skupiającej i reprezentującej „tłuste koty” niezdolne, by zrozumieć problemy zwykłych Polaków zarabiających w okolicach średniej krajowej, nie mówiąc już o tych, którzy nie zarabiają nawet tyle. Dzielnicowy radny tej partii wyciągający rocznie na początku medycznej kariery ponad 1,5 mln zł umacnia ten obraz i może stać się symbolem oderwania KO od świata zwykłych ludzi.
Patologie w służbie zdrowia? To sprawa rządu
Nawet z perspektywy wyborców zachowujących spory dystans do nakręcanego w mediach społecznościowych oburzenia sprawa doktora Kacprzyka nie wygląda dobrze dla rządu. Bo co ona pokazuje? Że w służbie zdrowia borykającej się z problemami z dostępem do specjalistów i diagnostyki lekarz na początku kariery mógł wyciągnąć w rok 1,5 mln zł z hakiem. Że tylko w jednej z kilku placówek, które go zatrudniały, pracował średnio kilkanaście godzin dziennie każdego dnia roku, czasem mając dyżury więcej niż dobę z rzędu. Co oznacza, że albo faktycznie nie pracował, tylko był wpisany w grafik, albo że pracował ponad siły, co mogło zagrażać bezpieczeństwu jego pacjentów.
Wszystko to wygląda fatalnie dla rządu. To rząd bowiem odpowiada za to, jak dzielić środki w ochronie zdrowia i jak ważyć postulaty płacowe lekarzy — ci z pewnością powinni dobrze zarabiać — z potrzebami pacjentów, np. dostępem do diagnostyki. Rząd odpowiada też za taką organizację systemu, by na dyżurze SOR był zawsze nieprzepracowany lekarz. Jeśli, jak pokazuje przypadek Kacprzyka, nie udaje się tego zapewnić nawet w stolicy, gdzie przecież teoretycznie nie powinno brakować lekarzy, to pojawia się pytanie, jak to wygląda w mniejszych ośrodkach, gdzie od dawna jest z tym problem.
Słysząc o zarobkach Kacprzyka, ludzie będą zadawać sobie pytanie, czy rząd w ogóle kontroluje zarobki lekarzy, czy nie wymknęły się one zupełnie spod kontroli — bo chyba taka zaczyna być społeczna percepcja. Przyjęty we wtorek na posiedzeniu Rady Ministrów projekt ustawy umożliwiający zbieranie rządowi danych o zarobkach lekarzy przypisanych do konkretnego numeru PESEL to krok w kierunku uporządkowania sprawy. Opinia publiczna będzie jednak pytać, czemu trzeba było skandalu, by rząd zainteresował się pozyskaniem tak ważnej informacji.
Służba zdrowia stanowi problem każdego rządu po 1989 r. Aspiracje Polaków do tego, by mieć ochronę zdrowia na poziomie rozwiniętego państwa Unii Europejskiej, zderzają się ciągle z niedofinansowaniem systemu i problemami nawarstwiającymi się przez lata — np. liczbą lekarzy w Polsce. Być może żaden rząd nie jest tu w stanie zaproponować bezbolesnej recepty, większość bierze problem na przeczekanie. Problem pojawia się wtedy, gdy jakaś afera przypomina społeczeństwu, jak głębokie są to problemy. I jak błaha na tle ogólnych problemów systemu nie wydawałaby się sprawa Kacprzyka, ma potencjał, by stać się poważnym politycznym kłopotem dla rządu.

