Dwa zabójstwa i usiłowanie trzeciego w jednym postępowaniu to jest bardzo poważne wyzwanie i jednocześnie to się bardzo rzadko zdarza. „Poważna sprawa” – to właśnie była moja pierwsza myśl – mówi sędzia Gwidon Jaworski, który wydał wyrok w sprawie Piotra Stasiurki.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Sędzia Gwidon Jaworski: Tak, od razu wiedziałem. Byłem wtedy sędzią delegowanym do sądu okręgowego z sądu rejonowego. Sprawa była dość głośna, medialna.

– Nie czułem się wyróżniony, wtedy system przydziału spraw nie był algorytmiczny tak jak teraz, ale były one przydzielane według kolejności wpływu, według listy sędziów. Nie była to też moja pierwsza sprawa, którą miałem obsądzić w okręgu, choć była pierwszą tak poważną.

– Dwa zabójstwa i usiłowanie trzeciego w jednym postępowaniu to jest bardzo poważne wyzwanie i jednocześnie to się bardzo rzadko zdarza. „Poważna sprawa” – to właśnie była moja pierwsza myśl. Ale pamiętam ją doskonale z jeszcze kilku innych powodów.

– Przede wszystkim to jest jedna z nielicznych spraw, która zostawiła we mnie tak zwany osad. A to naprawdę rzadko mi się zdarza. Taki osad zupełnie na boku tego, co się wiąże z pracą sędziego.

– Wrażenie, emocję, która nie opuszcza mnie do dziś. Oskarżony Stasiurka był już wcześniej karany za zgwałcenia, i to poważne. Odbył karę więzienia. Był recydywistą, któremu po wyjściu na wolność udało się dostać dobrą pracę, stanąć na nogi. Udało mu się również założyć rodzinę – wziął ślub, został ojcem, znalazł dom, a mimo wszystko wrócił do przestępstwa. Te wszystkie czynniki, które stabilizowały go w normalnym życiu, które są tak niezwykle ważne w procesie resocjalizacji, w jego przypadku nie wystarczyły. Więc ten mój osad polega na tym, że sprawcy przestępstw na podłożu seksualnym to jednak jest inna kategoria sprawców. Gdzie żadne racjonalne argumenty nie są czasami w stanie powstrzymać tego sprawcy przed powrotem do przestępstwa.

– Dokładnie tak. Stasiurce udało się to, co jest w przypadku recydywistów rzadkie – po wyjściu na wolność ułożył sobie życie, ale w żaden sposób nie powstrzymało go to przed dokonaniem jeszcze poważniejszych zbrodni. Jego historia pozostawiła w mojej świadomości właśnie ten osad – on jako osoba, która miała w swoich rękach wszystko i z tego nie skorzystała.

– Chodzi o jedną z pokrzywdzonych, jednocześnie jedyną, która przeżyła atak Stasiurki i doprowadziła do jego zatrzymania. Ta młoda kobieta miała niesamowite predyspozycje percepcyjne. Niesamowite. Pamiętam, że kiedy zacząłem czytać akta tej sprawy, przygotowując się do procesu, kolejno zapoznałem się z jej protokołami przesłuchań. Ona bardzo dokładnie przekazała policjantom rysopis sprawcy. Powiedziała tam coś, co gdy przeczytałem, po prostu mnie zmroziło, a mianowicie, że napastnik był podobny do jednego z bohaterów kreskówek. Mówiła o kreskówce „Lucky Luck”, w której czarnymi bohaterami byli bracia Daltonowie, Meksykanie, a sprawca, który brutalnie ją zgwałcił, miał być podobny właśnie do jednego z tych braci. I kiedy to przeczytałem, pomyślałem sobie: cóż to musi być za trauma, cóż to musi być za ekstremalne przeżycie, że człowiek w takiej sytuacji myśli takimi kategoriami, że jego sposób postrzegania idzie w jakimś dziwnym kierunku, porównując napastnika do bohatera jakiejś kreskówki. Po czym mamy pierwszy termin rozprawy, policjanci z konwoju wprowadzają Stasiurkę na salę rozpraw, a on wygląda dokładnie tak, jak jeden z braci Daltonów. To świadczyło tylko o jednym, że mimo tej ekstremalnie trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się pokrzywdzona, i mimo nieprawdopodobnej traumy związanej z brutalnym gwałtem potrafiła zachować niesamowitą trzeźwość umysłu.

– Tak, przeżyła tylko dlatego, że udawała martwą. W jej przypadku Stasiurka odpowiadał za gwałt i usiłowanie zabójstwa, choć od strony sprawstwa zarzut niczym nie różnił się od dokonanego zabójstwa, bo sprawca, odchodząc z miejsca zdarzenia, był przekonany, że ta młoda kobieta nie żyje.

– Z racji wyłączonej jawności rozprawy mogę powiedzieć tylko tyle, że przesłuchanie było bardzo trudne, jak zawsze w tego typu sprawach, gdy mamy do czynienia z osobą bardzo mocno straumatyzowaną. Wtedy nie było jeszcze przepisów, które nakazują przesłuchiwanie ofiar tego typu przestępstw tylko raz, teraz jest taka możliwość. Bo jednak kolejne przesłuchiwanie ofiary takiego przestępstwa to jest powtórne wiktymizowanie. Oczywiście czasem sądy są zmuszone do powtórzenia czynności przesłuchania, zwłaszcza gdy pierwszy raz jest ono źle przeprowadzone albo gdy pojawią się inne dowody. Wtedy trzeba było zrobić wszystko, co możliwe, by nie potęgować krzywd poszkodowanej. Wyłączenie jawności miało zapewnić jej względnie jak najlepsze warunki do składania zeznań. Z tego, co pamiętam, poprosiłem nawet protokolantkę, by wezwanie na rozprawę wysłać pokrzywdzonej pod zupełnie inną salę rozpraw. Czyli nie pod tę, pod którą siedzieli i czekali dziennikarze. Mogliśmy wtedy wprowadzić panią innym wejściem na właściwą salę, tak by uniknęła kontaktu z kimkolwiek, tym bardziej że samego Stasiurki również nie było na sali podczas tego przesłuchania.

– Dla mnie to coś zupełnie naturalnego – trzeba mieć w tej pracy empatię. Dziennikarze, co naturalne, polowali w tamtym czasie na newsy, więc cóż z tego, że ofiara przychodzi do sądu i na sali rozpraw nie ma nikogo, wyłączenie jawności zapewnia jej prywatność – skoro wchodząc na tę salę, musi minąć czekające tłumy ludzi, mikrofonów i kamer.

– Zdecydowanie, tutaj całość jej zachowania była niesamowicie racjonalna.

– Nie nazwałbym tego w ten sposób…

– Nazwałbym to w ten sposób, że ona na szczęście miała te predyspozycje osobnicze, które pozwoliły jej przeżyć.

– Trudno mi sobie wyobrazić, że można wypracować w sobie takie sposoby zachowania w tak ekstremalnych sytuacjach. Jedyna możliwość to jest prewencja. Myślenie tą kategorią, że lepiej w pewnych miejscach o pewnych porach nie być, nie wracać samemu, eliminować tego typu ryzyka.

– I to jest właśnie jedna z tych historii, która pokazuje, że pewnych rzeczy przewidzieć się nie da. W przypadku zabójstwa, o którym pani mówi rzeczywiście to nie była noc ani nawet wieczór, choć samo miejsce ataku było dość odludne. Z tego, co pamiętam, sprawca grabił liście w pobliżu dworca, a właściwie peronu kolejowego, młoda kobieta była w drodze na ten peron. Zabójstwo nie było zaplanowane, ona mu się spodobała, a brak świadków ułatwił działanie…

– Myślę, że tak. Ona przede wszystkim nie wiedziała, że jej mąż był recydywistą. Dla mnie pewnym zaskoczeniem w tym procesie była bardzo solidarna postawa żony oskarżonego i jej niechęć przyjęcia do wiadomości, że osoba jej najbliższa okazała się osobą zdemoralizowaną, zdolną do przemocy, której ona się nie spodziewała. To było dość zaskakujące, bo dowody obciążające oskarżonego były bezdyskusyjne. Dodatkowo do zabójstw miało dochodzić właśnie po kłótniach z żoną. To, co robił oskarżony, było elementem pewnego rodzaju odreagowywania. Trudno mi powiedzieć, czy oskarżony wiedział, po co wychodzi z domu po sprzeczkach, bo doprecyzowując, to nie były wielkie afery, nie było rzucania talerzami, gróźb typu „odchodzę od ciebie i zabiorę ci dziecko”. To były po prostu drobne sprzeczki, jakich wiele w codziennym życiu, ale na pewno było tak, że to po tych właśnie sprzeczkach oskarżony wychodził z domu i szukał swoich ofiar. Wszystkie były przypadkowe i jednocześnie podobne do siebie.

– Na szczęście tak i chyba potem na Śląsku nie pojawił się żaden inny seryjny morderca.

– Oczywiście, że się nie da. To, że wychodzę z pracy, nie znaczy, że nie pracuję. Gdy na przykład wychodzę z psami, idę do lasu, z tyłu głowy proces jest „włączony w tle”. W tej sprawie pamiętam, że mocno zastanawiałem się nad pierwszym zabójstwem, w przypadku którego faktycznie dowodów było nie za wiele. Oskarżony najpierw się do tego zabójstwa przyznał, później się z tego stanowiska wycofał. Dopiero uważna analiza nagrań z wizji lokalnej, analiza zdjęć dały mi absolutną pewność, że oskarżony to zrobił, że zabił również tę dziewczynę.

– To był najsurowszy wyrok, jaki w ogóle wydałem w swojej pracy zawodowej. W przypadku Piotra Stasiurki, który miał ponad 40 lat, prawo do ubiegania się o warunkowe zwolnienie dopiero po 35 latach może się zmaterializować, gdy będzie w podeszłym wieku. Choć nie jest powiedziane, że będzie mógł z tego prawa skorzystać.

– Nigdy nie mam satysfakcji z wydanego wyroku skazującego. Przestępstwo, za które skazuję, nigdy nie powinno się wydarzyć, nie powinno nigdy mieć miejsca, dlatego trudno czuć z tego tytułu satysfakcję. Satysfakcję mogę mieć jedynie z faktu, że udało mi się obsądzić sprawę skutecznie, sprawnie, prawidłowo, natomiast z treści wyroku – nie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version