— Pruderyjna nie jestem, ale to już ostra przesada. Przeraziło mnie, że nawet nie chciał pogadać — opowiada Iga, która po latach rozstała się z narzeczonym i teraz na nowo randkuje z mężczyznami, choć nie ukrywa, że nie umie odnaleźć się w świecie aplikacji randkowych. — Nie chcę czuć się jak towar na półce w sklepie — rozkłada ręce Karolina, 43-letnia wdowa. Psycholożka Zuzanna Butryn radzi: — Potraktujmy czas powrotu na rynek matrymonialny jako etap nauki, to nie jest wyścig!
Coraz więcej kobiet po rozstaniu, śmierci partnera lub latach życia w pojedynkę decyduje się szukać nowej relacji. I nagle okazuje się, że randkowanie teraz i kiedyś to dwie różne historie. Świat aplikacji, wysyłania „nudesów”, ghostowania i wybierania drugiej osoby trochę jak w sklepie wymaga odporności psychicznej oraz znajomości nowych zasad. Nie każdy potrafi i chce się w tym odnaleźć.
Aplikacje? W życiu!
Karolina (43 l.): Czuję się jak starowinka, która przespała całe wieki. No dobrze, całe dekady. Tak wiele się zmieniło! Kiedy poznawałam mojego męża, czyli dwadzieścia jeden lat temu, nie było Instagrama, nie było Tindera, nie było „szybkich randek”. Natrafiliśmy na siebie banalnie — na parapetówce przyjaciół ze studiów. Mieliśmy z mężem dobre życie, ale tylko do pewnego momentu. On zaczął zapadać się w sobie, popijać. Były dni, że nie odzywał się do nikogo. Zachorował na depresję. Stracił pracę. Nie chciał się leczyć. Nie miał siły walczyć ani o nas, ani o siebie.
Czytaj magazyn (Nie)pierwsze randki
Foto: Onet
Popełnił samobójstwo cztery lata temu. Przez pierwszy rok funkcjonowałam jak przez szybę. Autopilot, mechaniczne czynności. Płakałam godzinami. Wstawałam z łóżka tylko po to, aby popracować jakieś minimum i pobyć z synem, który był przerażony i załamany tym, co się stało z ojcem. Po półtora roku zrozumiałam, że chcemy i musimy żyć dalej. I że życie mamy tylko jedno. Bałam się bardzo o przyszłość syna, o siebie, ale z pomocą rodziców i przyjaciół jakoś poradziliśmy sobie w tej tragedii. Syn szykuje się do matury w przyszłym roku. Pomaga mu sport — trenuje pływanie cztery razy w tygodniu. Dzięki temu i ja poczułam względny spokój. Ale też samotność.
Syn od niedawna ma świetną, mądrą dziewczynę. Odżył przy niej. Wreszcie się uśmiecha. Ja też tak chcę. Teraz, jeśli płaczę, to z samotności. Coraz rzadziej ze smutku czy z tęsknoty za mężem. Jestem na niego wściekła, że nas zostawił, że się poddał, choć mam świadomość, że depresja to poważna choroba. Ale nie mogę udawać, że czuję co innego. Zapominałam tyle lat o sobie, wreszcie chcę to zmienić. Tylko jak ja teraz — po czterdziestce i z popapranym życiorysem — mam niby kogoś poznać? W życiu nie zaloguję się do żadnych aplikacji, nie chcę czuć się jak towar na półce w sklepie. Szczerze? Wierzę tylko w kontakty na żywo, w chemię od pierwszego wejrzenia. Wierzę w moc pięciu zmysłów.
Karolinie trudno odnaleźć się w świecie aplikacji randkowych. Zdj. ilustracyjne
Foto: iStock
To po prostu się działo
Iga (35 l.): Jak to leciało? „Żoną miałam być, miał być ślub i wesele też. Już zaprosiłam gości, kapela z rodzinnych stron miała tam grać polkę na dwa. Matki pobłogosławiły dawno nam”. Tak śpiewa Monika Brodka, a ja razem z nią. Słucham tej piosenki w zapętleniu. Pomaga mi przetrwać niełatwą sytuację. No bo faktycznie, miał być ślub. Mój własny. Nie, nie, nikt nie uciekł sprzed ołtarza. Takie rzeczy dzieją się w filmach.
Dwa miesiące przed ślubem uświadomiłam sobie, że nie kocham narzeczonego. I że mnie drażni. Zrozumiałam, że realizuję jakiś plan, lecz nie mój. „Na szczęście” okazało się, że mój narzeczony miał romans. Zakończył go, błagał mnie o wybaczenie, ale ja już wiedziałam: nie chcę z nim być. Nie jesteśmy złymi ludźmi, nie mamy wielkich wad czy nałogów, po prostu nie pasujemy do siebie. Lubiłam go, ale nie kochałam. Odmawiałam mu regularnie seksu, ba, nawet przytulania. Sama na jego miejscu poszukałabym sobie jakiejś dziewczyny. Przy rozstaniu płakaliśmy oboje. Najgorzej przyjęli to rodzice: i jego, i moi. „Ale wstyd, ale wstyd”, powtarzali. Przyjaciele jakoś nas zrozumieli, ale staliśmy się sensacją towarzyską na co najmniej kilka tygodni. Nieczęsto zdarzają się odwołane śluby i zerwane zaręczyny dwa miesiące przed ceremonią.
Znowu jestem singielką. Nie bardzo umiem się w tym odnaleźć. Byliśmy z narzeczonym w sumie sześć lat. Wcześniej miałam kilka młodzieńczych związków i romansów. Nigdy nie zastanawiałam się, jak poznać „tę właściwą osobę”, to po prostu się działo. Teraz momentami wpadam w panikę. Tym bardziej że mój eksnarzeczony już kogoś ma. Ja też chcę być w związku, ale w szczęśliwym, fajnym i zdrowym. Marzę o tym, by zostać mamą dwójki dzieci. Mam 35 lat, więc nie zostało mi zbyt wiele czasu. Postanowiłam, że nie będę siedziała jak księżniczka na wieży, czekając na księcia. Takie rzeczy z kolei tylko w bajkach. Od pewnego czasu aktywnie szukam partnera, który zostanie moim mężem i ojcem naszych dzieci.
Randka w ciemno
Karolina: Pół roku temu koleżanki z pracy umówiły mnie na randkę w ciemno z kuzynem jednej z nich. On jest po rozwodzie, okazało się, że mamy podobne zainteresowania: kino, hiszpańską kuchnię i rowery. Pokazały mi jego zdjęcia, „fajny facet!” — pomyślałam. On podobno też był mną zachwycony — dostał moją fotkę z wakacji, na której się uśmiecham i wyglądam dobrze. Szykowałam się kilka godzin. Pierwsza randka od ponad dwudziestu lat! Trzęsły mi się dłonie, choć chyba dobrze się maskowałam. Poszliśmy na kawę, potem miało być kino. Nie dotarliśmy. Rozmawiało nam się długo i fantastycznie, wymienialiśmy długie, przeciągłe spojrzenia, kilka razy dotknęliśmy się, niby przypadkiem. Nie mogłam uwierzyć, że jestem na randce. Pamiętam nadal to uczucie przyjemności i stresu; czułam się, jakbym wracała do domu, po wielu latach nieobecności… On szybko sprawił, że poczułam się kobieca, pożądana, lubiana.
Kolejna randka była oczywistością — zaproponował następny dzień. Tym razem miał to być spacer po lesie, tuż za miastem. Mieliśmy ze sobą herbatkę z prądem w termosie, jakoś tak naturalnie zaczęliśmy się zwierzać. Opowiedział o stresującym rozwodzie, ale zamarł, gdy wyznałam, że mój mąż popełnił samobójstwo. Nie miał o tym pojęcia (koleżanka nie chciała, jak widać, ode mnie odstraszać). Od tamtej chwili zrobiło się między nami jakoś dziwnie. Nagle stwierdził, że musimy już wracać, bo robi się późno, choć to nie była prawda! Potem już się nie odezwał.
Jeśli chodzi o randki, lubię działać według starych zasad. Nie napiszę do mężczyzny pierwsza, nie po pierwszej randce, choć wiem, że dziś dziewczyny tak robią. Odważyłam się zapytać koleżankę z pracy, co się stało z jej kuzynem. Cała zawstydzona odpowiedziała, że przeraziła go moja historia. I że on „nie jest gotowy, aby spotykać się z kimś po takiej traumie, bo sam ma wiele problemów”.
To już przesada
Iga: Zaplanowałam, że stworzę sobie jak najwięcej okazji, aby poznawać nowych mężczyzn. Nie mam chyba wielkich wymagań, a jednak okazało się, że wcale nie jest tak prosto kogoś poznać. Szukam trzydziestoparolatka, z pracą, niebrzydkiego, odpowiedzialnego, bez nałogów i nadwagi, który dobrze mówi o swoich eks. To dla mnie znak, że jest porządnym człowiekiem. Kogoś, kto nie chce tylko jednorazowego seksu. Przez pewien czas byłam na aplikacji randkowej. Mimo że w profilu wyraźnie zaznaczyłam, czego szukam („stałego związku, miłości!”), dostawałam masę propozycji seksu. Tak od razu, na dzień dobry. Jeden użytkownik, gdy tylko nas „sparowało”, wysłał mi zdjęcie swojego penisa. Pruderyjna nie jestem, ale to już ostra przesada. Przeraziło mnie, że nawet nie chciał pogadać…
Uciekłam z apki. Przy okazji odkryłam, że Instagram to nowy Tinder, jak mówią niektórzy. Kiedy zaczęłam wrzucać fotki solo, w sukienkach i z dekoltami, w pełnym makijażu, nagle pojawiły się propozycje randek… Oczywiście, seksu też, ale takich „kandydatów” blokuję od razu. Szkoda czasu. Mnie interesują tylko „poważne oferty”. Niestety, nie wiem, czy ja coś źle robię, czy świat zwariował, ale na razie moje poszukiwania przebiegają bezowocnie.
Byłam w sumie na kilkunastu randkach. Tylko dwie miały kontynuację. W kilku przypadkach ewidentnie ktoś po kolacji chciał mnie zaciągnąć do łóżka. Jeden z mężczyzn okazał się dziesięć lat starszy, niż deklarował. Oszustwa na starcie? Wykluczone. Inny wyznał po drinku, że ma żonę. „Ale przecież pisałeś, że też jesteś gotowy zakładać rodzinę!” — krzyknęłam. „No tak, tak, ale najpierw muszę się rozwieść. Nie jestem szczęśliwy” — odpowiedział lekko. Kolejna randka — niewypał, bo on nawet się nie zjawił. I nie uprzedził, że nie przybędzie. Poczułam się strasznie! Siedziałam w barze, próbując dzwonić do tego człowieka, ale jego numer przestał działać. Chyba mnie zablokował.
Psycholożka: potraktujmy czas powrotu na rynek matrymonialny jako etap nauki. Zdj. ilustracyjne
Foto: iStock
Relacje byle jakie
Karolina: Jeśli jesteś solo po czterdziestce, jak ja, na pewno też masz swoją niełatwą historię. Czy mam odpowiadać za to, że mój mąż popełnił samobójstwo, bo chorował na depresję? To okrutne, jeśli ktoś próbuje mnie za to obwiniać. Sugerować, że nie spełniłam się jako żona. Postanowiłam jednak, że na razie będę ten fakt ukrywać. Koleżanki namawiają mnie na kolejne randki, ale ja coraz bardziej się boję.
Widzę, jak dużo jest wokół zranionych ludzi, szczególnie dojrzałych, po przejściach. Po rozwodach, po rozstaniach albo singli spragnionych miłości. Przez to pewnie tak wiele osób decyduje się na bylejakość w relacjach, aby tylko z kimś być. Ja tak nie chcę. Jeśli chodzi o rynek matrymonialny, zrozumiałam, że moja historia małżeńska jest jak kamień u szyi.
Na kolejną randkę mam iść za parę dni. Z sąsiadem z góry, który wprowadził się do naszego bloku niedawno. Zagadnął mnie kilka razy, potem siedzieliśmy obok siebie na zebraniu w spółdzielni. Jest singlem, ma pięć lat mniej niż ja. Nie wiem, czego on oczekuje: może to nawet nie randka, tylko kawa po sąsiedzku? Coraz bardziej mnie stresuje słowo „randka”. Już zaczynam liczyć się z tym, że może będę do końca życia sama.
Jedziemy zaszaleć
Iga: W ramach aktywnego szukania męża i ojca moich dzieci zapisałam się na kilka randek typu speed dating, byłam nawet w dwóch innych miastach. Pojechałam tam specjalnie w tym celu. Nie zakochałam się w nikim, jedynie z dwoma mężczyznami pozostaję w kontakcie. Na razie poprzez komunikatory. Jacyś niemrawi są. Nie proponują spotkania na żywo, a to mnie już zniechęca.
Moja przyjaciółka podpowiedziała, aby znaleźć jakieś dobre, działające od dawna biuro matrymonialne. Podobno coraz więcej osób, zrezygnowanych i zniechęconych aplikacjami randkowymi, wraca w ten sposób do korzeni. Przecież swatki istnieją od setek lat. Może coś w tym jest? Na razie skorzystanie z pośrednictwa biura matrymonialnego wydaje mi się przede wszystkim oldskulowe i zabawne. Choć przestałam się śmiać, gdy zadzwoniłam do pewnego znanego biura w mieście wojewódzkim i usłyszałam, że pakiet abonamentowy na pół roku wynosi kilka tysięcy złotych. Hmm, na razie się wstrzymuję, przede mną kolejny speed dating. Nie ma tygodnia, aby ktoś nie napisał na Instagramie. Poza tym jadę na wakacje z trzema przyjaciółkami. Chcemy zaszaleć. Może akurat znajdzie się ktoś idealny nie tylko na wakacyjny romans, ale też do związku na całe życie?
Ekspertka: kobiety mówią o lęku i potrzebie bliskości
Zuzanna Butryn, psycholożka, terapeutka par, kieruje SENSE Centrum Psychoterapii: Z perspektywy mojego gabinetu psychologicznego widzę, że dla wielu dojrzałych kobiet powrót na rynek matrymonialny po rozwodzie, długim związku czy śmierci partnera bywa jednym z trudniejszych etapów życiowej zmiany. Nie wynika to tylko z ich wieku, ale z wielu nakładających się czynników, a mianowicie: z lęku przed zranieniem (choćby po trudnych doświadczeniach), z obniżonego poczucia własnej wartości, kompleksów itd. Czasami zostały porzucone przez kogoś, kto niejako budował ich pewność siebie, a zostały wymienione na „lepszy model”. Często powrót na rynek matrymonialny utrudniają codzienne obowiązki: praca, dzieci, opieka nad starszymi rodzicami. Wtedy znacznie trudniej znaleźć czas na randkowanie czy budowanie nowej relacji. Bywamy zmęczone aplikacjami randkowymi, a bagaż doświadczeń sprawia, że miewamy uprzedzenia do ponownego wejścia w romantyczną relację.
W gabinecie słyszę od kobiet: „potrzebuję bliskości, ale nie chcę już tracić czasu”, „boję się zaczynać wszystko od zera” , „nie chcę tygodniami pisać z kimś, kto boi się zaangażować lub nawet spotkać”. Za tymi słowami kryje się wiele emocji: zmęczenie ciągłym zaczynaniem od nowa, rozczarowanie, kiedy znów się nie udaje, poza tym poczucie straty, samotność, zwątpienie, ostrożność. Ale także nadzieja, że „być może niebawem kogoś znajdę”.
Potraktujmy czas powrotu na rynek matrymonialny jako etap nauki. Nauki o sobie samych i nowego sposobu randkowania. To nie jest wyścig, kto pierwszy znajdzie partnera! Za to samopoznanie daje możliwość znalezienia kogoś, kto naprawdę będzie odpowiadał naszym potrzebom. Pamiętajmy, że randkowanie nie jest „testem na własną wartość”, tylko procesem sprawdzania, czy dwie osoby do siebie pasują. Odrzucenie na wczesnym etapie oznacza niedopasowanie, nie świadczy o czyjejś wartości.
Moja podpowiedź: nie inwestujmy emocjonalnie w osoby, które od początku dają sygnały o słabym zaangażowaniu. Nie odpisują, nie chcą się spotkać, milkną na długo lub odwołują spotkania.




