Rosja twierdzi, że Konstantynówka została zajęta przez Rosjan. Problem w tym, że Kreml nie jest w stanie tego w żaden sposób udowodnić. Na dodatek putinowcy ponieśli ogromne straty i obawiają się, że Ukraina niedługo zaatakuje Krym. Plan Kijowa może być jednak zupełnie inny.
W Federacji coraz częściej pojawiają się głosy, że po jesiennych wyborach Kreml może ogłosić mobilizację. A to może pogorszyć i tak ciężką sytuację Ukraińców na froncie lądowym.
Rosjanie po prawie dwóch latach walenia głową w mur pod Pokrowskiem, żeby najkrótszą drogą dotrzeć do granicy obwodu pietropawłowskiego, w końcu zrozumieli, że to Konstantynówka jest bramą do Donbaskiej Twierdzy. To właśnie przez to miasto liczące przed wojną około 70 tys. mieszkańców prowadzą najdogodniejsze drogi do Drużkiwki, Kramatorska i Słowiańska.
Kto kontroluje Konstantynówkę, ten w praktyce otwiera sobie możliwość uderzenia w ostatni duży ukraiński system obronny w obwodzie donieckim. Z tego powodu powinno dziwić, że Rosja dopiero wiosną tego roku skoncentrowała tutaj główny wysiłek swojej ofensywy. Paradoks polega jednak na tym, że mimo ogromnych sił i środków zaangażowanych na tym kierunku, tempo postępów pozostawało znacznie mniejsze, niż oczekiwał Kreml.
Rosjanie tłumaczą, że nie chodziło o błyskawiczne zdobycie miasta, lecz o stopniowe tworzenie dziesiątek niewielkich przyczółków, które z czasem zaczynały łączyć się w większy obszar przez nich kontrolowany. Przy czym tradycyjnie, jak to mają w zwyczaju w ostatnich dwóch latach, atakowali głównie małymi grupami ze wsparciem jedynie dronów FPV, artylerii lufowej i lotnictwa zrzucającego bomby szybujące.
Przez to też walki były prowadzone niezwykle chaotycznie. Front przestał przypominać ciągłą linię. W wielu miejscach rosyjskie grupy szturmowe znajdowały się kilkaset metrów za ukraińskimi pozycjami, podczas gdy w sąsiednim sektorze Ukraińcy nadal się bronili. Takie rozproszenie sprawiało, że mapy publikowane przez różne ośrodki analityczne zaczęły coraz bardziej się od siebie różnić.
DeepState pozostawał ostrożny i zaznaczał rozległą strefę szarą, podczas gdy część rosyjskich źródeł ogłaszała już pełne opanowanie miasta. Sama obecność rosyjskich żołnierzy w danym budynku nie oznaczała jednak trwałej kontroli nad okolicą. Bardzo często po kilku godzinach lub następnego dnia byli oni eliminowani przez ukraińskie drony albo artylerię.
Propagandowe „zdobycie” miasta
Przełom nastąpił 3 lipca, przynajmniej w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej. Władimir Putin podczas spotkania z najwyższym dowództwem ogłosił zdobycie Konstantynówki. Informacja natychmiast obiegła rosyjskie media i została przedstawiona jako jeden z największych sukcesów od początku roku. Problem polegał na tym, że praktycznie żaden niezależny analityk nie był w stanie tego potwierdzić.
ISW zwrócił uwagę, że dostępne materiały geolokalizacyjne pokazywały coś zupełnie innego. Owszem, Rosjanie byli obecni w wielu częściach miasta, jednak główną część ich sił stanowiły niewielkie grupy piechoty rozproszone pomiędzy ukraińskimi stanowiskami, które w żaden sposób nie kontrolowały terenu. Jeszcze pod koniec czerwca ukraińskie źródła oceniały, że w samym mieście mogło znajdować się od ok. 100 do 250 rosyjskich żołnierzy, podczas gdy obrońców było więcej. Rosjanie po prostu rozpoczęli działania propagandowe.
Kolejne dni tylko potwierdziły, że putinowcy nie panowali nad miastem. 4 i 5 lipca rosyjskie Ministerstwo Obrony zaczęło publikować nagrania przedstawiające żołnierzy wieszających flagi na budynkach Konstantynówki. Materiały miały być dowodem zdobycia miasta. Nie wyszło im to. Już kilka godzin później pojawiały się kolejne filmy pokazujące ukraińskie ataki na te same rejony. ISW zwrócił również uwagę na możliwość wykorzystania materiałów zmodyfikowanych z użyciem sztucznej inteligencji oraz podkreślał, że samo zawieszenie flagi nie oznacza przejęcia trwałej kontroli nad terenem.
Najciekawsze informacje napłynęły 7 lipca. Geolokalizowane nagrania pokazały ukraińskie uderzenie na budynek zajmowany przez rosyjskich żołnierzy w centrum Konstantynówki. Jednocześnie rzecznik ukraińskiej Gwardii Narodowej przyznał, że część rosyjskich grup rzeczywiście przenika do miasta, jednak znaczna ich liczba jest niszczona jeszcze przed osiągnięciem zabudowy.
Dodał również, że Rosjanie wykorzystują drony typu Mołnia do zaopatrywania odizolowanych grup szturmowych, powtarzając rozwiązania wcześniej stosowane pod Pokrowskiem. Co ciekawe, nawet część rosyjskich blogerów wojennych zaczęła otwarcie przyznawać, że w Konstantynówce nadal znajdują się ukraińskie oddziały, a pełne oczyszczenie miasta może potrwać jeszcze wiele tygodni. Stwierdzili, że „nie ma kim operować”, przyznając, że już po dwóch tygodniach bardziej intensywnych walk, zaczęło brakować im ludzi.
Dlatego nawet jeśli Rosja ostatecznie opanuje Konstantynówkę, nie będzie to oznaczało automatycznego załamania całej ukraińskiej obrony w Donbasie. Do Kramatorska mają ok. 35 km, a przed nimi pozostają jeszcze pozycje osłonowe pod Osykowym, Popasnym i Wirolubowką, a potem silnie ufortyfikowane pozycje wokół Drużkiwki. Między nimi są jeszcze pozycje obronne oparte o pas leśny i kanały pomiędzy Kurtiwką – Kłynowym i Wirolubowką. Ich pokonanie może zająć Rosjanom wiele miesięcy. Zwłaszcza, że teren jest znacznie łatwiejszy do obrony niż ataku.
Kreml bardzo potrzebuje sukcesu, po coraz skuteczniejszych atakach ukraińskich systemów bezzałogowych na przemysł petrochemiczny i wywołany przez to kryzys paliwowy. Po raz pierwszy od wielu miesięcy Rosja postanowiła ogłosić zwycięstwo, którego nie może w żaden sposób potwierdzić. Mimo to w mediach społecznościowych już kolejny raz ogłoszono wielki sukces.
Południowy front
Tradycyjnie największa aktywność utrzymywała się pod Hulajpolem i Orichowem. Rosjanie kontynuowali działania zaczepne niewielkimi grupami piechoty, próbując wyrównać linię frontu i ponownie przejąć inicjatywę po wcześniejszych niepowodzeniach z przełomu zimy i wiosny. Putinowcy ograniczyli się do rozpoznania bojem. Celem było zajęcie pojedynczych pozycji, zniszczenie ukraińskich punktów obserwacyjnych oraz zmuszenie obrońców do ujawnienia stanowisk artylerii.
W wielu przypadkach operatorzy bezzałogowców eliminowali rosyjskie oddziały jeszcze zanim te zbliżyły się do pierwszej linii ukraińskich okopów. W efekcie linia frontu zmieniała się nieznacznie, mimo że każdego dnia dochodziło do kilkudziesięciu starć patroli.
Od początku lipca Ukraina za to wyraźnie zwiększyła intensywność uderzeń na rosyjskie zaplecze logistyczne Południowego Zgrupowania Wojsk. Celem były składy paliw, magazyny, punkty etapowe oraz infrastruktura transportowa prowadząca na okupowany Krym. Rosjanom zaczyna brakować nie tylko paliw, smarów i amunicji, ale także pożywienia Coraz poważniej biorą pod również uwagę możliwość ukraińskiego ataku w kierunku Krymu.
Ukraińskie uderzenie?
W rosyjskich mediach i wśród milblogerów coraz częściej zaczęły się pojawiać ostrzeżenia o możliwości większych ukraińskich działań na południu. Część blogerów interpretowała wzrost liczby ukraińskich uderzeń na logistykę jako przygotowanie do kontrofensywy. Na razie jednak nic na to nie wskazuje.
Nie zaobserwowano koncentracji dużych zgrupowań wojsk, budowy rozbudowanego zaplecza logistycznego czy przerzutu znacznych ilości sprzętu pancernego, które zwykle poprzedzają takie operacje. Wciąż mowa jedynie o wycofaniu 20 brygad, które miałyby być przygotowywane do uderzenia.
Nie oznacza to jednak, że na południu nic się nie szykuje. Wręcz przeciwnie. Coraz więcej wskazuje, że Ukraina może wrócić do koncepcji ograniczonych operacji manewrowych, jak to miało miejsce w obwodzie kurskim, zamiast jednej wielkiej ofensywy. Doświadczenia z 2023 r. pokazały, że próba przebicia się przez rosyjskie pola minowe i fortyfikacje przy użyciu dużych zgrupowań pancernych kończy się ogromnymi stratami.
Ukraina może chcieć wykorzystać to, że Rosja od kilku miesięcy przerzuca znaczne siły na kierunek doniecki. Dowództwo z pewnością to obserwuje i będzie szukało miejsc, w których można zmusić Rosjan do rozproszenia sił. To nie musi oznaczać próby dojścia do morza, jak sugerują rosyjscy blogerzy. Równie dobrze celem może być związanie rosyjskich odwodów i uniemożliwienie ich wykorzystania pod Konstantynówką czy Kramatorskiem, albo zmuszenie do osłabienia sił walczących w Donbasie. Dokładnie tak samo, jak w obwodzie kurskim.
Właśnie ten scenariusz jest dziś najbardziej prawdopodobny. Nie spodziewałbym się wielkiej kontrofensywy przypominającej lato 2023 r. Ukraina nie ma obecnie ani przewagi liczebnej, ani wystarczającej ilości sprzętu, aby przeprowadzić operację na taką skalę. Znacznie bardziej realna wydaje się seria dobrze przygotowanych uderzeń na wybranych odcinkach frontu, wspieranych przez bardzo intensywne działania dronów dalekiego zasięgu, odcinające linię frontu od zaplecza.
Wojna w powietrzu
Noc z 7 na 8 lipca była jedną z najbardziej tłocznych, jeśli chodzi o ruch w powietrzu. Obie strony przeprowadziły zmasowane ataki. Rosja ponownie uderzyła na Kijów, Charków i Zaporoże, wykorzystując 169 bomb latających oraz niespełna dziesięć pocisków rakietowych. Celem były ponownie obiekty wojskowe, magazyny i infrastruktura, ale uszkodzone zostały również budynki mieszkalne. Ukraińcy poinformowali o zestrzeleniu 139 dronów, jednak pozostała część rakiet i bezzałogowców przedarła się przez obronę i trafiła w cele w co najmniej piętnastu lokalizacjach.
Tej samej nocy ukraińskie drony dalekiego zasięgu przeprowadziły jedno z największych uderzeń od początku roku. Ukraińcy ponownie uderzyli m.in. w rafinerię Rosnieftu w Saratowie, która produkuje paliwa dla wojsk Południowego Okręgu Wojskowego, a także w kompleks rafineryjno-petrochemiczny TAIF-NK w Niżniekamsku w Tatarstanie.
W tym samym czasie ukraińskie drony morskie i powietrzne zaatakowały na Morzu Azowskim oraz w Zatoce Taganrogskiej co najmniej osiem tankowców floty cieni, wykorzystywanych do przewozu paliwa na okupowany Krym. Na pewno zostały trafione „Venera-3”, „Sanar-1”, „Sanar-17”, „Klimena”, „Teti”, „Aleksek Sawrasow”, „Iwan Cheremisinow” oraz „Penelopa”. Nie wiadomo jeszcze jak duże są uszkodzenia statków. Na pewno jednak będą przez jakiś czas wyłączone z żeglugi. Oznacza to, że Krym i wojska walczące na Zaporożu znajdą się w jeszcze większych tarapatach. Most Krymski nie ma odpowiedniej przepustowości, aby zapewnić dostawę choć ułamka niezbędnych paliw.




