Od czwartku 11 czerwca pełnoskalowa inwazja na Ukrainę trwa dłużej niż I wojna światowa — konflikt, do którego coraz częściej porównuje się brutalne realia w okopach na ukraińskim froncie.
Gdy w 2022 r. Władimir Putin wysyłał rosyjskie wojska na Ukrainę, prezydent twierdził, że kraj upadnie w ciągu kilku dni. Jednak Kijów — przy silnym wsparciu Zachodu — stawia zacięty opór i od tamtego czasu prowadzi skuteczną obronę.
Niektórzy mogą sądzić, że czas działa na korzyść Rosji, jako większego gracza, mającego wyższą tolerancję na straty i bogatszy arsenał własny. To jednak złudna pociecha dla Moskwy. W rzeczywistości zegar wojny tyka na niekorzyść Putina. Ukraina jeszcze nie wygrała, a Rosja jeszcze się nie załamała — ale Kreml już teraz powinien zauważyć pięć znaków ostrzegawczych, wynikających z przebiegu tego konfliktu.
Czas działa na niekorzyść Moskwy
Czas trwania konfliktu postrzega się jako atut Rosji — wielu zakłada, że Kreml przeczeka sankcje, oprze się na wsparciu Chin i Korei Północnej, podtrzyma nastroje nacjonalistyczne w kraju, a na front wyśle kolejne fale żołnierzy. Tymczasem początkowa strategia Rosji opierała się nie na cierpliwości, a szybkości. Fakt, że wojna w Ukrainie trwa dłużej niż I wojna światowa pokazuje, jak daleko konflikt odszedł od pierwotnych założeń.
Wojna na wyniszczenie nadal może zostać wygrana przez silniejszego przeciwnika — historia zna niestety zbyt wiele takich przypadków. Jednak sygnał ostrzegawczy dla Putina jest bardziej konkretny. Czas dał Ukrainie możliwość nauki, rozproszenia produkcji, zbudowania międzynarodowego łańcucha dostaw i zmiany pola walki dzięki dronom, przy jednoczesnym rozwoju krajowej produkcji rakiet dalekiego zasięgu.
Rosja traci tereny
Najważniejszy sygnał ostrzegawczy dotyczy terytorium. Jak ocenił niedawno Instytut Studiów nad Wojną (ISW), między grudniem 2025 a majem 2026 r. rosyjskie siły przejęły kontrolę lub zinfiltrowały ok. 41 km kwadratowych Ukrainy, przy jednoczesnej utracie kontroli nad ok. 281 km kwadratowymi. Statystyka ta dotyczy tylko obszarów w pełni kontrolowanych przez Rosję.
Dla porównania, rok wcześniej Rosjanie zajęli ok. 516 km kwadratowych. Jak podaje ISW, obecny wynik to mniej niż 8 proc. tempa sprzed roku. ISW zaznacza jednak, że utrata kontroli nie oznacza, iż Ukraina wyzwoliła wszystkie te tereny — część z nich została po prostu przeklasyfikowana z obszarów kontrolowanych przez Rosję na strefy rosyjskiej infiltracji.
Kierunek zmian jest jednak jasny i potwierdzony. Jak oceniła ukraińska organizacja DeepState, maj był pierwszym miesiącem od 2023 r., w którym Rosjanie stracili więcej terenu, niż go zyskali. Naczelny dowódca ukraińskiej armii, Ołeksandr Syrski, oddzielnie poinformował, że w maju siły ukraińskie odbiły niemal 100 km kwadratowych więcej niż straciły, a od początku 2026 r. odzyskały ich już ponad 600.
Obraz ten jest jednoznacznie niekorzystny dla Moskwy. Putin wciąż może zabijać i niszczyć, jednak mapa wojny nie przynosi mu już tak oczywistych korzyści.
Tyły Rosji stają się nowym frontem
Ukraińska kampania głębokich uderzeń to kolejny sygnał, że wojna, którą Putin chciał ograniczyć do terytorium sąsiada, nieustannie wraca na terytorium Rosji.
W środę seria ukraińskich ataków dalekiego zasięgu uderzyła w cele wojskowe i energetyczne głęboko w Rosji. Kijów chce w ten sposób podnieść koszt wojny dla Kremla. Jak poinformował Wołodymyr Zełenski, ukraińskie rakiety FP-5 Flamingo trafiły w obiekt w Czeboksarach, ponad 900 km od linii frontu. Ukraiński prezydent mówił także o trafieniu rafinerii w rosyjskim obwodzie samarskim oraz dwóch obiektów infrastruktury naftowej w obwodzie włodzimierskim, ok. 700 km od frontu.
Czeboksary to szczegół, który jednocześnie obrazuje całe sedno sprawy: miasto setki kilometrów od Ukrainy stało się częścią wojennej mapy. Nie trzeba natychmiast sparaliżować rosyjskiej machiny wojennej, by te ataki miały znaczenie. Wystarczy, że sytuacja na tyłach Rosji staje się coraz mniej przewidywalna, droższa i bardziej widoczna dla społeczeństwa, któremu dotąd wmawiano, że wojna to odległy temat.
Wojna Putina opiera się na asymetrii. Ukraina ma żyć pod stałym zagrożeniem, a Rosja mieć poczucie bezpieczeństwa. Uderzenia dalekiego zasięgu podważają jednak ten układ i zwiększają presję na Kreml.
Rosyjski most zamienia się w pułapkę
Rosji udało się zbudować most lądowy na Krym. Teraz Ukraina próbuje zamienić go w drogę, za której przejechanie trzeba słono zapłacić. Trasa R-280, przez Kreml nazywana „Noworosją”, łączy Rostów nad Donem z Krymem, przechodząc przez okupowany Mariupol, Berdiańsk i Melitopol.
Jak poinformowała 412. Brygada „Nemesis”, jednostki ukraińskich dronów zdobyły kontrolę nad drogą, ostrzeliwując znajdujące się na niej rosyjskie pojazdy wojskowe i polując na te, które próbują wymknąć się bocznymi drogami. Pod koniec maja Rosjanie zablokowali trasę po atakach dronów, a ruch na moście Czonharskim, prowadzącym na Krym, został wstrzymany po kolejnych uderzeniach w czerwcu.
Jak twierdzi Robert Browdi, dowódca ukraińskich Sił Systemów Bezzałogowych, wojskowy ruch transportowy — określany przez niego jako „linia życia” okupantów — w ciągu dwóch tygodni spadł o 71 proc., z ok. 3,8 tys. do 1,1 tys. pojazdów dziennie. Ponieważ dane te podawane są przez stronę ukraińską, należy je traktować z ostrożnością. Logika operacji jest jednak oczywista.
Ukraina uderza w infrastrukturę okupacji: drogi, mosty, konwoje, ekipy remontowe, cysterny, linie kolejowe. Rosyjska armia może zajmować dany teren na mapie, mając jednocześnie problem z zaopatrzeniem, paliwem i rotacją wojsk.
Moskwa ma coraz mniej możliwości
Kolejny sygnał ostrzegawczy dotyczy jakości rosyjskich sił. 3 czerwca brytyjski rząd poinformował, że według wywiadu GCHQ od początku inwazji zginęło już blisko 500 tys. rosyjskich żołnierzy. W ocenie tej wskazano, że rosyjska armia „cofa się na polu walki”, straty pozostają bardzo wysokie, a tempo zdobywania terenu w 2026 r. gwałtownie spadło. Stwierdzono także, że już i tak wolne postępy Rosji w bieżącym roku zmniejszyły się o połowę.
Coraz więcej dowodów wskazuje na to, że ranni rosyjscy żołnierze — z poważnymi urazami głowy, uszkodzonym wzrokiem, złamaniami i orzeczeniami o niezdolności do walki — wracają na front. Jak podał analityk Dmitrij Kuzniec na łamach „Carnegie Politika”, z danych budżetowych wynika, iż Rosja od dwóch lat rekrutuje od 30 do 40 tys. najemników miesięcznie, ale koszty rekrutacji stale rosną, a liczba chętnych do walki maleje.
Oczywiście Moskwa nadal okupuje część terytorium Ukrainy, wciąż przeprowadza masowe ataki i przeciąża ukraińską obronę przeciwlotniczą. W niedzielę przywódcy Wielkiej Brytanii, Ukrainy, Francji i Niemiec zaapelowali o „pilną potrzebę” zwiększenia produkcji pocisków przechwytujących i zdolności przeciwrakietowych, potępiając powtarzające się rosyjskie ataki na ukraińskie miasta i ich tragiczne skutki dla cywilów.
I to właśnie dlatego wszystkie te punkty są sygnałami ostrzegawczymi, a nie powodami do triumfu. Państwo, które nadal może ostrzeliwać miasta i wywoływać katastrofalne straty, pozostaje niebezpieczne. Ale niebezpieczeństwo to nie to samo co sukces.
Jeżeli Rosja poświęca coraz więcej ludzi za coraz mniejsze zdobycze, obserwuje jak jej zaplecze staje się celem, a lądowy korytarz zamienia w obciążenie, to czas trwania wojny staje się dla niej elementem rozliczenia. Putin może podtrzymywać ten konflikt. Pytanie, czy świadczy to jeszcze o sile, czy też coraz bardziej ujawnia koszt jego niezdolności do zakończenia bitwy.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.




