Powstały memiczne generatory opisów na LinkedInie, gdzie każdą drobnostkę, typu przygotowanie obiadu, można opisać w sposób rozwojowy, wpływający na karierę i życie zawodowe — mówi Ola, project managerka. Jest w grupie osób, dla których platforma jest sztuczna i nieautentyczna. Inni uważają ją za skuteczne narzędzie, które wpływa na życie zawodowe. LinkedIn od lat budzi skrajne emocje.
— Dla wielu osób jest „cringe’owy”, bo po prostu nie rozumieją tej platformy. Druga kwestia jest taka, że ludzie mówią, że czują cringe, bo odczuwają własny dyskomfort i kompleksy. Żeby być na LinkedInie, trzeba jednak być osobą ambitną zawodowo, mieć plany, pomysł na siebie i przede wszystkim – chęć rozwoju kariery. Najlepszych znajomych mam właśnie z LinkedIna, bo mamy podobny mindset — mówi Angelika Garczyk, która zawodowo zajmuje się marketingiem. Jak sama przyznaje, mogła zostać tiktokerką, ale wybrała inną platformę. — W szkole byłam kujonką. Nie czułam się wystarczająco cool, żeby być influencerką, ale byłam bardzo zmotywowana zawodowo. Miałam silną potrzebę pokazania, że poradzę sobie na rynku pracy — opowiada.
Cud na rynku pracy
Konto na LinkedInie założyła kilka lat temu. Podczas tematycznych szkoleń, w których brała udział, dowiedziała się, że aktywne prowadzenie profilu może pomóc w znalezieniu pracy.— Znalazłam swoją niszę. Jako pierwsza na polskim LinkedInie wyspecjalizowałam się w K-pop marketingu, czyli sposobach promowania muzyki i artystów z tego gatunku. Bałam się, że przez to nikt mnie tam nie zaakceptuje ani nie polubi — mówi.
Zaczęła jednak konsekwentnie tworzyć treści i publikować posty.— W ramach budowania swojej marki na początku pisałam też o swoich osiągnięciach, na przykład z czasów liceum i studiów. W jednym z postów wspomniałam, że dzięki jednemu tweetowi dostałam się na praktyki zupełnym przypadkiem, albo że moim sukcesem było otrzymanie stypendium na uczelni — opowiada.
Jej zdaniem systematyczność i wytrwałość to klucz do sukcesu.— Nawet jeśli posty nie idą, i tak trzeba działać dalej. Ważne jest też nawiązywanie relacji z innymi użytkownikami. Wchodzenie w interakcje i komentowanie — dodaje. Przygotowanie postu zajmuje jej od trzech do czterech godzin dziennie. — Jeśli danego dnia nic nie publikuję, poświęcam około godziny na interakcje: odpowiadanie na wiadomości i komentowanie — mówi.
Treści, które publikuje, planuje bardzo skrupulatnie. — Kieruję się strategią, że w tygodniu publikuję różnorodne treści: jeden post edukacyjny, drugi storytellingowy, z historią i wnioskami, a czasami także viralowy, czyli tak zwany kij w mrowisko — wyjaśnia.
Angelika większość swoich doświadczeń zawodowych zdobyła właśnie dzięki tej platformie. — Jedną z pierwszych prac zdobyłam w ten sposób, że zauważyłam wizytę właścicielki agencji marketingowej na moim profilu. Napisałam do niej, a ona od razu zaproponowała mi wzięcie udziału w rekrutacji i niedługo później mnie przyjęli — wspomina. Po dwóch latach w branży zdecydowała się przejść na freelance. Kolejne współprace zdobyła również dzięki LinkedInowi. — Widzę, jak wygląda to u moich znajomych, ile czekają i jak długo szukają pracy. Ja jestem trzeci rok w branży i najdłużej byłam bez pracy tydzień. Dzięki LinkedInowi. To naprawdę cud na rynku pracy — dodaje.
Sztuczna platforma
Ola, project managerka, chociaż nie korzysta aktywnie z LinkedIna, właśnie dzięki tej platformie zdobyła jedno ze swoich zleceń. — Miałam dobrze uzupełnione CV w profilu i dodaną do zdjęcia nakładkę „open to work”. Rekruterka skontaktowała się ze mną w wiadomości prywatnej — opowiada. Dalsza rekrutacja przebiegła sprawnie i Ola dość szybko podjęła pracę. — Uważam, że plusem tej platformy jest łączenie rekruterów i osób szukających pracy. To na pewno ułatwia proces aplikacji, bo nie wymaga udostępniania wielu formularzy czy przesyłania CV w formacie PDF. To duża wygoda — podkreśla.
Na tym, jej zdaniem, plusy się kończą. Ola świadomie nie jest aktywną użytkowniczką LinkedIna. — Z mojej perspektywy to dość sztuczna platforma. Często osoby, które coś publikują, koloryzują swój rozwój zawodowy. Opowiadają w wyszukany sposób o tym, co wydarzyło się w ich życiu, ale umówmy się, czasami to nie ma większego sensu — zauważa.
Bo, jak wyjaśnia, nie zawsze stoi za tym realna wartość. — Fajnie, że ludzie robią szkolenia czy biorą udział w konferencjach, ale czasami zwykłe darmowe szkolenie, które wystarczy „przeklikać”, żeby dostać certyfikat, według mnie nie jest tematem na post. To chwalenie się na siłę — zaznacza.
Ola dodaje, że bywa to dla niej wręcz zabawne. — W tej platformie śmieszy mnie to, że nawet małe rzeczy można przedstawić jako ogromne osiągnięcia. Powstały nawet memiczne generatory opisów na LinkedInie, gdzie każdą drobnostkę, typu przygotowanie obiadu, można opisać w sposób „rozwojowy”, wpływający na karierę i życie zawodowe. W praktyce te szumnie brzmiące opisy o wielkich osiągnięciach sprowadzają się czasem do tego, że ktoś po prostu wysłał maila albo wysłuchał podcastu — mówi. Gdyby jednak zdecydowała się na bardziej aktywne korzystanie z platformy, podeszłaby do publikacji inaczej. — Udostępniłabym post klienta o kampanii, którą współtworzyłam, żeby pokazać realny efekt swojej pracy, a nie wyimaginowane osiągnięcie — kwituje.
Działanie z AI
Dr Maciej Chrzanowski, naukowiec, doradca biznesowy i szkoleniowiec, od ponad trzech lat aktywnie działa na LinkedInie. — Od momentu, gdy zacząłem publikować, przez 365 dni codziennie pojawiała się jakaś publikacja. To był trochę eksperyment społeczny, a trochę wyzwanie narzucone samemu sobie. Trafiłem w dobry moment, bo zacząłem pisać o szeroko pojętej technologii AI, która zyskiwała na popularności. W zasadzie w rok udało mi się zdobyć ponad 20 tys. obserwujących na LinkedInie. To bardzo dużo — mówi. Dziś obserwuje go ponad 35 tys. osób.
Zdaniem dr. Chrzanowskiego kluczem do sukcesu na LinkedInie jest systematyczność.
— Niekoniecznie codzienne publikowanie, ale koniecznie regularne — podkreśla. Jego zdaniem AI to technologia, którą warto wykorzystywać w budowaniu marki osobistej. — Podam prosty przykład. Wielu z nas nie jest ekspertami od copywritingu czy tworzenia atrakcyjnych grafik, ale ma wartościową wiedzę do przekazania. Jeśli więc nie potrafimy ubrać jej w odpowiednią formę, nie ma nic złego w wykorzystaniu AI, by stworzyć dobre treści. Chodzi o to, aby pracować „z AI”, zamiast „przez AI”, a to ogromna różnica — dodaje.
Zaznacza jednak, że pełna automatyzacja treści to błąd. — W mojej opinii treści w 100 proc. generowane przez automatyzacje czy agenty AI, które same wymyślają temat i tworzą posty, nie mają sensu. Czyja to wtedy marka osobista? To się nie sprawdzi w dłuższej perspektywie. Czasem spotykamy takie osoby na konferencjach. Wystarczy zamienić dwa zdania i widać, że to bardziej kreacja niż rzeczywistość — dodaje.
Dr Chrzanowski wskazuje także najczęstsze błędy użytkowników. — Po pierwsze brak aktywności. Nie tylko publikowania, ale też lajkowania i komentowania. Po drugie brak profesjonalnego profilu. Sam opis ścieżki zawodowej to za mało, warto zadbać o dobre zdjęcie profilowe. Dziś nic złego nie ma w jego lekkiej obróbce, jeśli nie mamy dostępu do fotografa. Ważne jest też zdjęcie w tle, które pokazuje naszą propozycję wartości, oraz kompletnie uzupełniony profil — wylicza. Kolejnym problemem jest, jak mówi, słomiany zapał oraz monotonia treści. — Warto publikować różne formaty: nie tylko tekst, ale także grafiki, własne zdjęcia czy wpisy, które wywołują emocje i dyskusję — przyznaje.
Na pytanie, czy LinkedIn to dobre miejsce do budowania pozycji zawodowej, odpowiada: to zależy.
— Jeśli mówimy o budowaniu marki eksperckiej w kontekście biznesu średniego i dużego, zdecydowanie tak. Na LinkedInie są menedżerowie średniego i wyższego szczebla, są też właściciele firm. Z moich obserwacji wynika, że są mniej aktywni, ale to nie znaczy, że ich tam nie ma. W moim przypadku to właśnie oni najczęściej zgłaszają się po usługi szkoleniowe czy konsultingowe — dodaje.
„Cringe był na LinkedIn od zawsze, ale jego skala urosła”
Jakub Iciaszek, konsultant ds. komunikacji i marketingu, od blisko dekady aktywnie obserwuje ewolucję LinkedIna. Jako zaawansowany praktyk portalu, tworzy treści, prowadzi blog i analizuje, jak zmienia się styl ekspresji na platformie.
— LinkedIn może być świetnym narzędziem marketingowym i PR-owym, o ile korzysta się z niego sensownie. W przeciwnym razie bardzo łatwo przekroczyć granice absurdu. To medium egalitarne, dostępne dla wszystkich, niezależnie od poglądów, wykształcenia, czy realnego poziomu wiedzy — podkreśla.
Jakub Iciaszek zauważa, że chociaż LinkedIn powstał jako portal stricte zawodowy i biznesowy, publikowane treści od dawna wykraczają poza tę formułę. — Samo w sobie nie jest złe. Niestety coraz częściej pojawiają się clickbaity, storytelling pozbawiony sensu, a także dezinformacja. Cringe był na LinkedInie od zawsze, ale jego skala urosła. Przybyło użytkowników, a masowe korzystanie z AI spowodowało wysyp treści o ekstremalnie niskiej jakości — dodaje.
Wielokrotnie wchodził w interakcje z autorami takich postów. — Komentowanie ich treści — niezależnie od tego, czy jest to ironia, konstruktywna krytyka, czy próba wyjaśnienia — zwykle nie ma sensu, bo bywa automatycznie odbierane jako atak na ego lub na tak zwaną markę osobistą. Której często te osoby tak naprawdę nie posiadają — tłumaczy.
Skąd bierze się cringe? — Z braku wyczucia estetyki treści, niskiej wiedzy ogólnej, braku filtrów poznawczych. Czasem jest intencjonalny, bo prowokacja generuje zasięgi. To, co dla jednych jest żenujące, dla innych bywa „świetnym i normalnym” komunikatem, choć nim nie jest — tłumaczy.
Jakub Iciaszek wyróżnia różne odmiany cringe’u – między innymi lifestylowy, coachingowy, zawodowy, intelektualny czy biznesowy. — To treści schematyczne, płaskie technicznie, binarne, podnoszace zwykłe rzeczy do rangi nadzwyczajnych czynów lub przemyśleń. Niedawno widziałem post, w którym autorka zachwycała się odręcznie napisanym CV, dorabiając do tego narrację o „determinacji i wyjątkowości”. Neutralną rzecz — jak napisanie CV długopisem przedstawiono jako akt heroizmu. Takich przykładów są tysiące. Portal jest tym zalewany masowo — zauważa.
Przez część osób — świadomie. — Takie osoby cynicznie buduje markę osobistą na cringe’u licząc na polaryzację i łatwe zasięgi w social mediach. Ale większość robi to nieświadomie wierząc, że ich treści są mądre i refleksyjne. Popularne są też cytaty „motywacyjne” lub „rozwojowe”, które często nie mają żadnej realnej wartości i są błędnie przypisywane znanym postaciom, choć te postacie nie są ich autorami. Albert Einstein wychodzi na prowadzenie — dodaje z uśmiechem.
Jakub wskazuje także na pewien paradoks. — Osoby produkujące cringe często twierdzą, że cringe nie istnieje, lub że treści jakie wytwarzają cringem nie są. Jest to klasyczny dysonans poznawczy — przyznaje.
Do eskalacji zjawiska, jak wyjaśnia, przyczyniają się również niektórzy tak zwani trenerzy LinkedIn.
— Uczą patetycznych, sztucznych form copywritingu, budowania historii tam, gdzie jej nie ma. Efekt? Przeciętne tematy przedstawiane są jak objawienia biblijne, najlepiej z kolorowymi emotikonami. Całość napędza coś w rodzaju „hipermanii psychologii pozytywnej”, dodatkowo wzmacnianej przez AI. Po postach często widzę, u kogo ktoś robił kurs — mówi specjalista.
Mimo wszystko, jak zapewnia, na LinkedIn wciąż jest przestrzeń dla treści o dobrej jakości. — Kibicuję autorom, którzy tworzą coś własnego, wartościowego i uczciwego wobec odbiorcy. Autentyczność staje się „towarem” luksusowym — kwituje.




