Depresja nie jest smutkiem, który mija po weekendzie, ani oznaką słabości. Wokół niej narosło tyle mitów, że utrudniają rozpoznanie, opóźniają leczenie. Co jest faktem, a co szkodliwym uproszczeniem? — Pierwszym sygnałem często bywają kłopoty z funkcjami poznawczymi. Wielu 40-, 50-latków trafia najpierw do neurologa, przerażonych, że dotyka ich przedwczesny zespół otępienny — mówi dr Ewa Pragłowska, specjalistka psychologii klinicznej.
Zaburzeń psychicznych, w tym epizodów depresyjnych, doświadcza w ciągu życia około 4 proc. dorosłych mieszkańców naszego kraju, wynika z badania EZOP II przeprowadzonego przez Instytut Psychiatrii i Neurologii. Często w trudnych chwilach mówimy: „mam depresję”, ale depresja to nie każde intensywne emocje. Smutek, żałoba, kryzys, choć bolesne, należą do naturalnego spektrum naszych doświadczeń. Depresja to trwałe zaburzenie nastroju, wpływające na całe funkcjonowanie.
To nie tylko smutek
Najczęściej popełnianym błędem jest stawianie znaku równości między depresją a smutkiem — mówi dr Ewa Pragłowska, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka i superwizorka psychoterapii, wykładowczyni SWPS. — Depresja to złożony zespół objawów dotykający niemal każdej sfery życia, a smutek to tylko jeden z nich. Pierwszym jej sygnałem często bywają kłopoty z funkcjami poznawczymi, myśli się wolniej, nie można się skupić, zapomina się o prostych sprawach. Wielu 40-, 50-latków trafia najpierw do neurologa, przerażonych, że dotyka ich przedwczesny zespół otępienny. Te zaburzenia poznawcze często wyprzedzają obniżenie nastroju. Depresja dotyczy także ciała. Nasze ruchy są spowolnione, dochodzą do tego objawy fizjologiczne: spadek łaknienia lub, choć rzadziej, zwiększony apetyt. Pojawiają się również charakterystyczne dla depresji zaburzenia rytmu snu. Chory marzy, aby w końcu odciąć się od świata, i zasypia ze zmęczenia. Budzi się jednak o północy lub trochę później i doświadcza do świtu ruminacji: uporczywego, błędnego koła negatywnych myśli — tłumaczy psycholożka.
— Cierpienie zaczyna się w ciszy. Najpierw nie chce się wstawać z łóżka, potem zanika radość z rzeczy, które kiedyś cieszyły — dodaje prof. Uniwersytetu SWPS Agnieszka Popiel, psychiatra, psychoterapeutka, superwizorka psychoterapii. — W końcu pojawia się „ciężar”, obecny w ciele, myślach i relacjach. Traci się zdolność koncentracji, pojawiają się trudności w podejmowaniu decyzji. Osoba jest przewlekle smutna, zobojętniała. Skalę problemu ujawnia życie zawodowe. Cierpiącemu na depresję trudniej się skupić, podjąć decyzję. Zadania, które kiedyś dawały satysfakcję, stają się obciążeniem — mówi.
Jak tłumaczy prof. Popiel, wiąże się z tym tzw. prezenteizm — osoba przychodzi do pracy mimo choroby, wykonuje obowiązki, ale ogromnym kosztem psychicznym i z ograniczoną efektywnością, co nasila charakterystyczny dla depresji negatywny obraz siebie, problemów, które przerastają i wzmacniają poczucie braku nadziei na przyszłość. Pojawia się poczucie, że nie jest się sobą, zawodzi siebie i innych. W efekcie praca przestaje być źródłem sensu, a staje się miejscem cierpienia.
Silni też cierpią
Jednym z najbardziej krzywdzących mitów o depresji jest przekonanie, że dotyczy osób słabych albo takich, które nie radzą sobie w życiu. Tymczasem często pojawia się u tych, którzy przez lata świetnie funkcjonowali, byli skuteczni, odpowiedzialni. Dlatego reakcja otoczenia bywa pełna niedowierzania: „Przecież zawsze dawałaś radę. To chwilowy spadek formy. Wystarczy się zmobilizować”.
— Depresja nie podlega mechanizmowi mobilizacji, to nie jest kwestia silnej woli — tłumaczy dr Pragłowska. — Choroba może zostać wyzwolona przez wydarzenia, które z zewnątrz wydają się błahe albo nawet pozytywne, np. awans lub przeprowadzka. Nasza psychika nie działa według prostych kategorii. Kluczowe są poczucie wpływu i bezpieczeństwa. Depresja często wiąże się z utratą, nawet jeśli obiektywnie sytuacja się poprawia. Subiektywnie mogą się pojawić lęk, brak kontroli i przeciążenie. Czasem to utrata relacji, która dawała poczucie zrozumienia i bezpieczeństwa.
Często ludzie wokół zaczynają komentować, chcą nas wspierać, ale tylko wzmacniają błędne koło depresji: „tobie się nie chce”, „inni mają gorzej”. Chory zaczyna wierzyć, że to jego wina, i tylko pogłębia się poczucie bezradności. Tymczasem depresja nie jest ani lenistwem, ani słabością. Często to efekt długotrwałego przeciążenia, wyczerpania zasobów i utraty poczucia wpływu na własne życie. Doktor Pragłowska rozwiewa jeszcze jeden mit: „mnie to nie dotyczy”. — W praktyce granica jest dużo bardziej płynna — mówi. — Można zaryzykować stwierdzenie, że ludzie dzielą się nie na „silnych” i „słabych”, ale na tych, którzy mieli depresję, mają ją lub mogą jej doświadczyć.
Choruje też rodzina
Depresja generuje koszty na wielu poziomach. Indywidualne to cierpienie, utrata jakości życia i zerwane relacje, ale napięcia, przeciążenie emocjonalne dotykają też bliskich. — Trudno być obok osoby, której nic nie sprawia przyjemności, dla której gest, wyjście, rozmowa to wysiłek — mówi prof. Popiel. — W domu pojawiają się napięcie, bezradność i pytanie: „kocham ją, więc dlaczego nie potrafię pomóc?”. To doświadczenie bywa głęboko frustrujące i obciążające, a w rodzinie narasta poczucie winy, bezsilności i lęku.
Bezradność bliskich to jedno z najtrudniejszych doświadczeń w kontakcie z depresją. Kiedy kolejne próby pomocy zawodzą — pocieszanie, mobilizowanie — pojawiają się frustracja i wycofanie. Rodzina zaczyna się odsuwać, nie dlatego, że przestaje kochać, ale dlatego, że nie wie, co robić. W efekcie wokół osoby chorej tworzy się przestrzeń izolacji. W tym miejscu pojawia się kolejny groźny mit: „jakoś przejdzie”. Zwłaszcza jeśli wcześniej epizody depresji ustępowały samoistnie, łatwo uwierzyć, że i tym razem tak będzie.
— Depresja nie jest stanem, który można bezpiecznie przeczekać — dodaje prof. Popiel. — To jedno z zaburzeń, w których ryzyko samobójstwa jest szczególnie wysokie. Szacuje się, że nawet około 20 proc. osób z ciężką depresją podejmuje próbę samobójczą zakończoną śmiercią. To liczby, które nie pozwalają traktować depresji jako „gorszego nastroju”, który sam minie. Kluczowa jest uważność, ze strony bliskich, jak i samej osoby chorej. Depresja wymaga reakcji, diagnozy i leczenia. Czekanie może oznaczać pogłębianie się objawów, narastanie cierpienia i utratę szansy na szybką poprawę.
Rzekoma moc twórcza
Pacjenci często umieją rozpoznawać pierwsze symptomy, kiedy depresja nawraca. Zdarza się jednak, że po okresie czerni pojawia się stan, który otoczenie, a często i sam chory, bierze za pełne wyzdrowienie, a nawet nagły przypływ życiowej formy. — To stan ożywienia, euforii i poczucia nieograniczonej mocy — tłumaczy dr Pragłowska. — Człowiek nagle ma tysiące pomysłów, wierzy w swoją kreatywność i odzyskuje (pozorne) poczucie sprawstwa. Zaczyna podejmować radykalne decyzje: rzuca pracę, zmienia partnera życiowego, zaciąga wysokie kredyty. To stan manii, a kiedy występuje naprzemiennie z epizodami depresji, mówimy o zaburzeniu afektywnym dwubiegunowym.
Wokół manii narosły dwa niebezpieczne mity. Pierwszy z nich sugeruje, że to po prostu odwrotność depresji — stan czystej radości i szczęścia. Tymczasem mania to stan patologicznego pobudzenia, który prowadzi do dramatycznych konsekwencji życiowych i finansowych. Drugi mit dotyczy rzekomej mocy twórczej. Podobnie jak w przypadku depresji badania nad biografiami znanych twórców pokazują, że okresy manii to w rzeczywistości czas ciszy twórczej. Chaos myśli, brak koncentracji i nadpobudliwość uniemożliwiają realną, wartościową pracę artystyczną lub intelektualną.
Mimo zewnętrznego blichtru energii pacjent w manii traci zdolność do konstruktywnego działania. W przebiegu zaburzenia dwubiegunowego ryzyko samobójstwa jest statystycznie wyższe niż w samej depresji. Moment przechodzenia z manii w depresję jest krytyczny. Nagła, nienaturalna radość osoby, która dotąd chorowała, powinna więc być dla bliskich sygnałem alarmowym wymagającym szybkiej reakcji medycznej. To nie odrodzenie, ale zmiana frontu walki o życie. Profesor Popiel dodaje, że ten mit potrafi bardzo szkodzić. Przekonanie, że depresja sprzyja kreatywności, cierpienie uszlachetnia, a wielkie dzieła rodzą się w mroku choroby, są zakorzenione w kulturze. — Depresja nie napędza kreatywności — tłumaczy prof. Popiel. — W pełnej, klinicznej postaci jest stanem obezwładniającym, odbiera energię, zdolność koncentracji, motywację, sens działania. To czas „niemy”, w którym trudno stworzyć cokolwiek nie dlatego, że brakuje talentu, ale dlatego, że brakuje siły, by z niego skorzystać.
Utwory, książki, obrazy powstają zwykle nie w szczycie depresji, lecz po wyjściu z niej, kiedy pojawiają się refleksja, dystans, zdolność do opowiedzenia o tym, co się przeżyło. Albo powstają w okresach obniżonego nastroju, smutku, kryzysu, które nie są tym samym co depresja kliniczna. Mit twórczej depresji utrudnia też rozpoznanie problemu.
Leczenie szybkie, niekoniecznie długie
Depresja jest stanem, który trzeba leczyć. — Osoby wracają do pracy, relacji, codziennych aktywności i przestają obciążać nie tylko system psychiatryczny, psychologiczny, ale i podstawową opiekę zdrowotną. Leczenie musi być zgodne z aktualną wiedzą medyczną oraz standardami dotyczącymi psychoterapii i farmakoterapii — mówi prof. Popiel. U około jednej trzeciej osób może dojść do tzw. naturalnej remisji. Oznacza to jednak długotrwałe cierpienie, przeczekiwane bez wsparcia i gwarancji, że objawy nie wrócą. W cięższych przypadkach niezbędne są leki przeciwdepresyjne, ale ich działanie ochronne kończy się zwykle wraz z odstawieniem, dlatego wymagają dłuższego stosowania. Jedno z najczęstszych uproszczeń zawiera się w przekonaniu, że aby wyjść z depresji, trzeba koniecznie zacząć od farmakoterapii. W przypadku łagodnej i umiarkowanej, a czasem także w wybranych postaciach depresji ciężkiej, leczeniem pierwszego wyboru może być psychoterapia, pod warunkiem że jest dobrze dobrana, oparta na sprawdzonych metodach i poprzedzona rzetelną diagnozą. Farmakoterapia jest jedną z dróg, bardzo skuteczną, ale nie zawsze konieczną na początku. Psychoterapia zaś zostawia pacjenta z narzędziami, które działają także po zakończeniu leczenia.
— W przypadku depresji łagodnej i umiarkowanej do terapii pierwszego wyboru należą terapia poznawczo‑behawioralna, interpersonalna, krótkoterminowa terapia psychodynamiczna — wymienia prof. Popiel. — Wbrew obiegowym przekonaniom leczenie depresji nie musi trwać latami. W wielu przypadkach to około trzech miesięcy intensywnej, rekomendowanej w leczeniu depresji psychoterapii. Skuteczne leczenie daje coś więcej niż tylko ustąpienie objawów. Psychoterapia uczy rozpoznawania schematów myślenia, regulacji emocji, radzenia sobie ze stresem. W praktyce działa więc także profilaktycznie, zmniejszając ryzyko nawrotu.
Inwestycja w nowoczesne, dobrze dobrane leczenie depresji skraca czas cierpienia, ale też zmniejsza ryzyko powrotu choroby i ogranicza koszty. Osobom z depresją umiarkowaną lub ciężką coraz częściej rekomenduje się podejście łączone. Psychoterapia i farmakoterapia działają wtedy synergistycznie: leki pomagają ustabilizować nastrój i zmniejszyć objawy, a psychoterapia daje narzędzia do trwałej zmiany.





