Amerykański weteran wraca po dekadach do Wietnamu, by odnaleźć kobietę, którą zostawił w ciąży. Dwie siostry trafiają do Sajgonu i pracują w barze dla żołnierzy. Dorosły syn Wietnamki i Amerykanina szuka rodziny, która potwierdziłaby jego tożsamość. W „Kwiatach Sajgonu” Nguyễn Phan Quế Mai opowiada o wojnie z perspektywy tych, którym odbierano głos: kobiet, dzieci i ludzi nazwanych „pyłem życia”.
Newsweek: W posłowiu piszesz, że powieść wyrasta z prawdziwych historii i badań do doktoratu. Co było pierwszym impulsem?
Nguyễn Phan Quế Mai: Dorastałam w małym miasteczku na południu Wietnamu. Mieszkały tam dzieci amerykańskich żołnierzy. Wiele z nich nie chodziło do szkoły, były wyśmiewane, przezywane, odrzucane. Jako dziecko nie potrafiłam ich bronić. Żyłam w społeczeństwie, które je dyskryminowało, i czułam z tego powodu ogromne poczucie winy.
Wiele lat później przeczytałam o amerykańskim weteranie, który wrócił do Wietnamu ze zdjęciem kobiety, której szukał po ponad czterdziestu latach. Była w ciąży, kiedy stracili kontakt. Zaczęłam szukać podobnych historii, rozmawiać z weteranami, kobietami i Amerazjatami. Tak powstał pomysł na doktorat, a później na powieść.
Dlaczego powieść, a nie non-fiction?
— Miałam dużo materiału, mogłabym napisać reportaż. Ale powieść pozwala wejść w emocjonalne życie bohaterów. Kiedy mówimy o wojnie, łatwo zgubić człowieka w statystykach. Chciałam, żeby czytelnicy nie tylko poznali fakty, ale poczuli grozę wojny przez doświadczenie ludzi.
Przywołujesz poetę Nguyễn Duya i jego myśl, że niezależnie od tego, kto wygrywa wojnę, zawsze przegrywają ludzie.
— To prawda. Nawet jeśli komuniści wygrali wojnę w Wietnamie, kiedy rozmawiam z weteranami zwycięskiej strony, widzę, że oni nadal przegrywają. Jeden z nich powiedział mi, że nie może spać w pokoju z wiatrakiem, bo śmigła przypominają mu helikoptery, które go szukają. Wojna skończyła się 50 lat temu, a on nadal nie może spokojnie zasnąć.
W Wietnamie konsekwencje wojny wciąż są obecne. Ludzie nadal giną od bomb, które nie eksplodowały podczas wojny. Wojna nie kończy się w dniu podpisania pokoju. Patrzę dziś na wojnę Rosji przeciwko Ukrainie i myślę: tutaj nikt nie wygra.
Okładka książki „Kwiaty Sajgonu”
Foto: Wydawnictwo Albatros
Piszesz też, że literatura może pomóc zobaczyć człowieka po drugiej stronie. W książce Dan czyta „Smutek wojny” Bảo Ninha i czuje, jakby patrzył w krzywe zwierciadło. Potrafi sobie wyobrazić siebie w roli północnowietnamskiego weterana.
— Chciałabym, żeby żołnierze czytali powieści o ludziach, z którymi walczą. Żeby politycy czytali książki o krajach, które bombardują. Jeśli czytasz o ludziach, których następnego dnia masz zabić, zaczynasz widzieć w nich nie cel, nie wroga, nie abstrakcyjną „drugą stronę”, ale człowieka. A wtedy trudno utrzymać pewność, że przemoc jest czymś prostym i usprawiedliwionym.
Wierzysz, że literatura ma aż taką siłę?
— Literatura buduje współczucie i zrozumienie. Kiedy byłam dzieckiem, widziałam kratery po bombach, ludzi bez rąk i nóg, kobiety czekające na mężów i ojców. Wierzyłam, że świat wyciągnie z tego lekcję.
Potem oglądałam wojny w telewizji i myślałam: to daleko, to nie moje życie. Tak było z Afganistanem. Ale kiedy przeczytałam „Chłopca z latawcem”, poczułam, że ta wojna przestała być daleko. Wierzę, że czytanie i pisanie pozwalają poczuć bliskość z ludźmi, z którymi pozornie nic nas nie łączy.
W książce wraca określenie „pył życia”. Czy tworząc postać Phonga, chciałaś przeciwstawić się temu językowi?
— „Pył życia” odbiera człowiekowi godność. Chciałam pokazać, że te dzieci mają życie, pragnienia, talenty, własne człowieczeństwo.
Dlatego stworzyłam Phonga jako człowieka pracowitego, dobrego ojca, artystę. Wielu Amerazjatów nie chodziło do szkoły, bo wygląd zdradzał ich pochodzenie. Zostali odrzuceni nie dlatego, że coś zrobili, lecz dlatego, że ich ciała przypominały innym o wojnie.
W książce pokazujesz także kobiety, które pracowały w barach i lokalach dla amerykańskich żołnierzy. Zwracasz uwagę na seksualne podziemie, które kwitło w czasie wojny.
— Skala była ogromna. Tysiące kobiet pracowały w barach i domach publicznych, były wykorzystywane seksualnie, maltretowane, rodziły dzieci z gwałtów. W filmach o wojnie w Wietnamie często są tylko tłem: seksualizowane, pozbawione głosu. Chciałam napisać przeciwko temu. Przywrócić im głos i człowieczeństwo.
Nawet jeśli weterani po latach żałują, faktem pozostaje, że wietnamskie kobiety często traktowali przedmiotowo. Czy literatura może pomóc zrozumieć mechanizm odczłowieczenia, nie usprawiedliwiając go?
— Myślę, że tak. Wielu młodych amerykańskich żołnierzy uczono, że Wietnamczycy nie są w pełni ludźmi. To jest problem wojny: żeby kogoś zabić albo skrzywdzić, trzeba go najpierw odczłowieczyć. Ja chcę robić odwrotnie: podkreślać człowieczeństwo po wszystkich stronach.
Twoja książka to także powieść o oczekiwaniach wobec kobiet. Piszesz o czterech cnotach wietnamskiej kobiety: ciężkiej pracy, odpowiednim sposobie mówienia, urodzie i nienagannym prowadzeniu się. Czy to nadal aktualne?
— Wietnam zrobił duży postęp, ale wiele uprzedzeń wciąż istnieje. Niedawno kobieta skomentowała w mediach społecznościowych post o piłce nożnej. Mężczyzna odpisał, że kobiety nie powinny mówić o piłce, bo to męski sport.
Mamy tradycję kobiet bohaterek jak siostry Trưng. A jednocześnie wciąż oczekuje się od kobiet, że będą miały dobrą pracę, a w domu zajmą się rodziną. Sama tego doświadczyłam. Kiedy mówiłam, że jestem pisarką, ludzie pytali: ale co naprawdę robisz? Bardzo trudno powiedzieć: jestem pełnoetatową pisarką. Szczególnie kobiecie.
A jednak piszesz. I mówisz, że literatura może ocalać.
— Wierzę, że wszyscy ludzie na ziemi są ze sobą połączeni. Jesteśmy dziećmi Matki Ziemi. Dlaczego nie możemy szanować się nawzajem przez ten krótki czas, który mamy? Dlaczego nie możemy kochać świata, zamiast go niszczyć? Wierzę, że pewnego dnia ludzkość zmieni swoją historię.




