— Przez kilka lat miałam dwóch partnerów, z jednym mieszkałam, z drugim spotykałam się kilka razy w tygodniu. Ale zdarzały nam się spotkania we trójkę — opowiada Karolina. Takich związków jest coraz więcej.
— Od wielu lat czułam, że potrafię kochać więcej niż jednego mężczyznę naraz — mówi 29-letnia Olga z Wrocławia, z zawodu psycholożka. Kilka lat temu zaczęła o tym rozmowę z obecnym mężem, wtedy nie byli jeszcze małżeństwem. Nie usłyszała stanowczego „nie”. — Wracaliśmy do tej rozmowy jeszcze wielokrotnie, ale też zdarzył nam się w życiu trójkąt, potem czworokąt z inną parą. W końcu zdecydowaliśmy, że otwieramy nasz związek. Tak już zostało i trwa od czterech lat. Dwa lata temu wzięliśmy ślub — mówi Olga.
— Choć relacje poliamoryczne istniały od dawna, to w naszej kulturze, opartej głównie na modelu monogamicznym, jeszcze do niedawna niewiele osób dyskutowało o poliamorii czy konsensualnej niemonogamii, nie mówiąc już o ich społecznej akceptacji — mówi dr n. med. Robert Kowalczyk, profesor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, psycholog i seksuolog kliniczny. — Dziś nadal nie jest to zjawisko masowe, ale coraz częściej obserwujemy deklarowaną otwartość na alternatywne formy relacji — dodaje.
Tę otwartość widać w badaniach, głównie amerykańskich, np. tych wykonanych w 2021 r. przez badaczki z Instytutu Kinseya. Wynika z nich, że jedna na sześć osób pragnie angażować się w poliamorię, a jedna na dziewięć miała relacje poliamoryczne w pewnym momencie swojego życia. W Polsce zapewne nie jest inaczej. Jednak otwierając się na miłość wobec wielu partnerów, warto wziąć pod uwagę, że bycie w takiej relacji wymaga szczególnych umiejętności — powtarzają to i seksuolodzy, i osoby od lat będące w tego typu związkach.
Jak to się zaczyna
— To był długotrwały proces i wspólna praca. Żyliśmy w małżeństwie monogamicznym kilkanaście lat, w tym roku będzie już ponad 20 lat, jak jesteśmy razem, mamy dwoje dzieci. Mniej więcej osiem lat temu doszedłem do wniosku, że nie do końca żyję w zgodzie z sobą, nie tak, jak czuję i jak potrzebuję — opowiada Artur z Częstochowy, dzisiaj administrator jednej z grup o poliamorii w internecie. Trochę czasu zajęło mu wytłumaczenie żonie swoich potrzeb i propozycji, aby otworzyć związek, jeszcze dłużej trwało docieranie tego w praktyce. Przez ponad trzy lata żyli oboje w poliamorycznym związku z jeszcze jedną kobietą. — Zaczęło się niby od warstwy fizycznej, ale szybko okazało się, że to nie chodzi ani o swing, ani o seks, tylko tak naprawdę o emocje, o miłość, o wspólną codzienność — wspomina Artur.
Poliamoria. Jak się żyje ludziom w związkach, kiedy kochają więcej, niż jedną osobę
Foto: Roman Stetsyk / Alamy Stock Photo
Dla Agnieszki z Krakowa, prowadzącej krakowską grupę osób poliamorycznych, historia z poliamorią rozpoczęła się w Japonii. — Mieszkaliśmy tam przez kilka lat z moim ówczesnym partnerem i trafiliśmy na społeczności osób poliamorycznych, choć już wcześniej interesowaliśmy się tym tematem. Dużo o tym rozmawialiśmy, wiedzieliśmy, że chcemy otworzyć nasz związek na takie relacje — wspomina Agnieszka. Tak się złożyło, że niedługo po podjęciu decyzji o otworzeniu się na innych partnerów ich związek zaczął funkcjonować na odległość, Agnieszka chciała wrócić do Polski, partner został jeszcze w Japonii. — W takim związku trudno nam było sobie wyobrazić relację monogamiczną na dłuższą metę — mówi Agnieszka. Wkrótce po powrocie do Polski zaczęła budować równoległą romantyczną relację. — Mój partner też spotykał się z różnymi osobami, randkował, a potem wszedł również w stałą relację — mówi Agnieszka.
Związki równoległe
Skąd się bierze potrzeba posiadania więcej niż jednego partnera i to w ramach trwałej relacji wykraczającej poza seks? W dodatku takiej, z którą nie trzeba się ukrywać przed światem? — Składa się na to kilka czynników — mówi dr Kowalczyk. — Po pierwsze, rośnie widoczność samego zjawiska, zaczyna się o nim otwarcie mówić. Po drugie, następuje stopniowa normalizacja różnych modeli relacji. Widzimy to w internecie, w mediach społecznościowych, a zdarza się też, że w najbliższym otoczeniu. Coraz częściej relacja ma odpowiadać prawdziwym potrzebom danej osoby, a nie wyłącznie określonej normie społecznej — mówi seksuolog.
Zdaniem dr Agaty Loewe-Kurilli, psychoterapeutki i seksuolożki z Uniwersytetu SWPS oraz Pink Therapy, założycielki Instytutu Pozytywnej Seksualności, ten wzrost zainteresowania poliamorią jest odpowiedzią na głębszy kryzys społeczny. — To próba stworzenia alternatywnej ścieżki wobec monogamii, która w naszym społeczeństwie stanowi pewną formę hipokryzji — mówi dr Loewe-Kurilla. Wchodząc w związki wieloletnie, zazwyczaj marzymy, że będzie to prawdziwa miłość do końca życia. — Ale często z upływem lat okazuje się, że te związki się nie utrzymują, bo ludzie się zmieniają, zmieniają się ich priorytety — mówi seksuolożka. Wiele osób oczywiście rozpoczyna pracę nad związkiem i nie rezygnuje z monogamii. — Ale jest teraz duża grupa osób, które podejmują różnego rodzaju próby bycia w związku inaczej — nie poprzez zdradę czy rozstanie, tylko poprzez zaproszenie do relacji większej liczby osób — tłumaczy dr Loewe-Kurilla.
Sporą otwartość na tego typu relacje widać w młodym pokoleniu. — Przeżyłam pierwszą miłość tuż po maturze, byłam w związku trzy lata — wspomina Niko z Warszawy, osoba niebinarna. — Rozstanie złamało mi serce i choć niebawem weszłam w nowy związek, czułam, że kocham i tę nową partnerkę, i tę wcześniejszą. Więc pomyślałam, że może taka właśnie jestem, że mogę kochać kilka osób naraz — mówi Niko. W jej życiu pojawiła się grupa pięciu osób, z którymi stworzyli relacje poliamoryczne, choć Niko miała też stałą partnerkę życiową. — Nie chodziło tylko o seks, ale też o bliskość, przyjaźń, intymność. Pochodziliśmy z różnych miast, spotykaliśmy się wszyscy raz w roku i było tam więcej rozmów, przytulania niż samego seksu — tłumaczy Niko.
Poliamoria
Foto: iStock
Najczęściej jednak długotrwałe związki poliamoryczne ograniczają się do trzech osób. — Przez kilka lat miałam dwóch partnerów, z jednym mieszkałam, z drugim spotykałam się kilka razy w tygodniu, nocowałam u niego, jeździliśmy razem na wakacje, widywaliśmy się ze znajomymi — opowiada Karolina, 36-latka z Krakowa, która obecnie żyje w monogamicznym związku. — Zdarzały nam się spotkania we trójkę, ale bez wspólnego seksu. Moi partnerzy akceptowali się, mieli dużo wspólnych tematów do rozmowy. Czasami śmiałam się, że ja im nie jestem potrzebna. Ale bywały też momenty napięć, takie walki kogutów — np. kto ma prowadzić auto — uśmiecha się Karolina.
Walka z zazdrością
Momentów napięć w takich związkach bywa bardzo dużo. — Słyszę to w gabinecie, gdy przychodzą do mnie osoby żyjące w relacjach z więcej niż jedną osobą — mówi dr Kowalczyk. Jakie to trudności? — Najczęściej to sytuacja, w której jedna osoba bardziej niż druga pragnie otwarcia związku, a druga zgadza się na to z lęku przed utratą więzi. Albo para szuka trzeciej osoby, by była plastrem na to, co dzieje się między nimi. Kolejnym problemem jest zazdrość i poczucie zagrożenia więzi. Z tymi uczuciami trudno sobie poradzić — mówi dr Kowalczyk.
Z perspektywy gabinetu psychologicznego istotnym elementem bywa zmęczenie emocjonalne. — Trzeba bowiem emocjonalnie zaopiekować się więcej niż jedną osobą. Na początku może się to wydawać pociągające, ale w praktyce nie jest to takie proste. Obecność i uważność są dziś zasobem deficytowym, bo większości z nas brakuje czasu. A co dopiero, gdy trzeba go dzielić między dwie czy trzy osoby? — pyta seksuolog.
O tych trudnościach w swoich relacjach mówią też osoby poliamoryczne. — To konieczność uwzględniania emocji i potrzeb trzech osób. Walka z zazdrością, która jest przecież naturalnym odruchem — wymienia Karolina z Krakowa. — Największe problemy z zazdrością miałam ja, czyli osoba, która najbardziej chciała otwarcia relacji.
Jak sobie radzić z zazdrością w związkach poliamorycznych? Przede wszystkim patrzeć na to, co jest dobre dla partnera czy partnerki. — W pewnym momencie zdecydowałam, że nie chcę już być w takim trójkącie dramatycznym, gdzie druga osoba chce być z kimś innym, więc mnie zdradza i nie mówi mi o tym. Chcę, żeby ukochana osoba się zakochała — bo to jest fajne — deklaruje Niko. Jednak jej ukochana partnerka w pewnym momencie wybrała innego mężczyznę, którego poznała w czasie relacji poliamorycznej. — To było dla mnie piekielnie trudne. Ale czy to znaczy, że w przyszłości postawię na relacje monogamiczne? Zdecydowanie nie, bo chyba już bym tak nie potrafiła, potrzebuję wolności w tym, kogo kocham, i nie czuję potrzeby posiadania tych osób na wyłączność — mówi Niko.
Jednak takie osoby są ostrożne w mówieniu o swoim stylu życia znajomym i rodzinie. — Jestem bardzo blisko z moją mamą i zawsze jej mówiłam szczerze o tym, co dzieje się w naszym życiu — opowiada Olga, psycholożka z Wrocławia. — Mama jest nowoczesna, ale gdy jej powiedziałam, że otworzyliśmy z mężem nasz związek, strasznie się rozzłościła i powiedziała, że robimy coś głupiego, że ona tego nie zaakceptuje. Pewnie obawiała się, że nasze małżeństwo się przez to rozpadnie — tłumaczy kobieta. Większość osób po prostu nie mówi o tym bliskim.
Nie da się bez szczerości
Ludzie często zadają poliamorystom pytanie: czy to w ogóle może się udać na dłuższą metę? — Tak, badania mówią, że satysfakcja ze związku w relacjach niemonogamicznych może być podobna do monogamicznych, ale tylko wtedy, gdy relacja jest dobrowolna, jawna, a wszyscy partnerzy mają poczucie bezpieczeństwa — podkreśla dr Kowalczyk.
— Część osób, z którymi pracuję, żyje w iluzji, że otwarte związki rozwiążą jakiś głębszy problem — mówi dr Loewe-Kurilla. — Jest też masa osób, która trafia do mnie na konsultacje właśnie w kwestii potencjalnego otwierania związków. Te osoby często mają bardzo dobrze przemyślane powody, motywacje i nadzieje z tym związane — dodaje ekspertka.
Przy tego typu decyzjach najważniejsza jest szczerość partnerów wobec siebie. — Zawsze warto zadać sobie pytanie, czy nie jest to ucieczka od kryzysu, czy nie szukamy kogoś trzeciego po to, aby był lekarstwem na to, co dzieje się między nami — mówi dr Kowalczyk. Ważne jest odpowiedzenie sobie na istotne pytania, np. jakie są granice emocjonalne otwartego związku? Ktoś może powiedzieć: dobrze, ale bez pocałunków, bo pocałunki są dla mnie szczególnie intymne, a inne formy kontaktu już niekoniecznie. Na jakich zasadach jedna z osób może ponownie zamknąć związek? — To wszystko trzeba przedyskutować w parze. Ustalamy też zasady bezpieczeństwa, w tym bezpieczeństwa seksualnego i zdrowotnego — podkreśla dr Kowalczyk.
Dla osób w otwartych związkach dylematem jest często to, czy mówić życiowym partnerom o spotkaniach z innymi. Jedną z podstawowych zasad jest przecież szczerość, ale do jakiego stopnia? Strategie bywają różne. — Zawsze mówię mężowi, z kim idę i gdzie. Także dla bezpieczeństwa, żeby wiedział, gdzie jestem, zwłaszcza że często umawiam się na randki z internetu. Raczej nie dzielę się jakimiś wielkimi szczegółami, chyba że coś wyjdzie w sposób naturalny. Intymne szczegóły spotkań zostawiamy dla siebie — mówi Olga z Wrocławia.
Na radykalną szczerość stawia Artur z Częstochowy. — Nie jestem zwolennikiem otwartych relacji, które działają na zasadzie: don’t ask, don’t tell, czyli że ludzie dali sobie zgodę na otwarcie małżeństwa, ale na wszelki wypadek o tym nie rozmawiają, bo to niewygodne. Dla mnie taka relacja tylko wtedy jest rzeczywiście etyczna, gdy ludzie nie mają żadnych wątpliwości i zahamowań, by ze sobą otwarcie rozmawiać, i niczego nie ukrywają przed sobą — podkreśla Artur.
Dr Loewe-Kurilla zwraca też uwagę na to, że przed decyzją o otwarciu związku warto też uruchomić wyobraźnię. — Wyobraźmy sobie, jak by to było, gdybym siedziała w domu w piątek wieczorem, a osoba, z którą jestem w związku, poszła z kimś na randkę? Czy jestem w stanie przeżyć tę myśl? Czy już wiem, że będę miała paznokcie obgryzione do kości albo upiję się trzema kieliszkami wina? Bo może tak być, że już te wyobrażenia będą nie do zniesienia i to jest jasny sygnał, że może lepiej nie eksperymentować — podkreśla dr Loewe-Kurilla.




