Iga Świątek pokonała Amandę Anisimovą i wygrała monumentalny Wimbledon. 24-letnia tenisistka staje się mocną kandydatką do tytułu polskiego sportowca/sportsmenki wszech czasów.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

„Dawniej zwycięzca Wimbledonu był niekoronowanym, ale bezapelacyjnym królem tenisa, swego rodzaju mistrzem świata” — pisał lata temu Wiktor Osiatyński w reportażach z londyńskiego turnieju z lat 70. wydanych w tomie „Wembley, Wimbledon”. Od tamtej pory sporo się zmieniło, ale londyński turniej zachował wyjątkowość, splendor i prestiż wychodzące daleko poza sport. Widać je nie tylko po zainteresowaniu mediów z całego świata, ale także po składzie sław filmu, muzyki, kultury, polityki zasiadającej na trybunach kortu centralnego.

Wimbledon to Oscar i lot w kosmos w jednym. Szczyt wyższy niż Mount Everest, bo tam może się dziś dostać każdy, kogo na to stać. Wimbledon to turniej-legenda, sportowy monument, unikatowy, przez lata niedostępny dla polskiego sportu klejnot.

Polska na singlową mistrzynię Wimbledonu czekała 148 lat. Dłużej niż Rumunia, Czechy czy Kazachstan. O triumf na londyńskiej trawie ocierały się Jadwiga Jędrzejowska (finał 1937) i Agnieszka Radwańska (finał 2012), żaden Polak nie dotarł dalej niż do półfinału.

Iga Świątek naprawdę sięgnęła w sobotę gwiazd.

Triumf przyszedł w bardzo trudnym momencie. Świątek przez rok nie wygrała ani jednego turnieju (nawet ulubionego Rolanda skończyła już w półfinale), spadła na ósme miejsce w rankingu WTA. W Londynie zagrała jednak turniej życia, w drodze po zwycięstwo przegrała tylko jednego seta, półfinałowej rywalce dała wygrać dwa gemy, a finałowej — żadnego (6:0, 6:0).

Amerykanka Amanda Anisimova w sobotę została właściwie zmieciona z kortu. Ani przez chwilę nie prowadziła, mecz nie trwał nawet godziny. Z pewnością nie był to najtrudniejszy mecz dla Świątek w tej edycji Wimbledonu.

Światęk w maju skończyła dopiero 24 lata, ale już jest mocną kandydatką do tytułu polskiej sportsmenki, sportowca wszech czasów.

Nie chodzi nawet o to, by udowadniać jej wyższość nad multimedalistami (Kamil Stoch, Robert Korzeniowski) i multimedalistkami olimpijskimi (Justyna Kowalczyk), rekordzistkami świata (Anita Włodarczyk), wielkimi postaciami oklaskiwanymi pod każdą szerokością geograficzną (Robert Lewandowski). Nie w tym rzecz. Wystarczy, że Iga Świątek nadaje tej dyskusji sens. Sześć Szlemów (wcześniej wygrała US Open i cztery razy Rolanda Garrosa) to wystarczające uzasadnienie, by ją toczyć.

A przecież to wciąż początek tej historii. Kariery sportowców i sportowczyń trwają coraz dłużej, Świątek może planować co najmniej dekadę gry na najwyższym poziomie. Wykuty w sobotę pomnik może być jeszcze większy, jeszcze bardziej okazały, jeszcze bardziej ozłocony.

Koniec końców: jest coś większego niż wygranie Wimbledonu. Wygranie Wimbledonu dwa razy.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version