Troska jest silnie wpisana w obraz „dobrego rodzica” i rzadko zastanawiamy się nad jej kosztem psychicznym. Być może właśnie dlatego tak trudno zauważyć moment, w którym przestaje ona być wspierającą obecnością, a zaczyna się zamieniać w napięcie, kontrolę i iluzję bezpieczeństwa. Jak się dobrze troszczyć?
Kojarzy się z miłością, czułością, bliskością i opieką. Troska wyraża się w aktywnym dbaniu o potrzeby drugiego człowieka, jego zdrowie i dobrostan. Rodzicielstwo obfituje w tego rodzaju gesty. To właśnie troska sprawia, że wstajemy w nocy do płaczącego niemowlęcia, czuwamy przy gorączkującym dziecku, próbujemy ochronić je przed tym, co mogłoby je zranić, lub otulamy miękkim kocem czy przygotowujemy kąpiel, aby ukoić trudne emocje. W trosce zawiera się ciepło, uważność i gotowość do niesienia pomocy.
Ten funkcjonujący w naszym społeczeństwie obraz sprawia, że troska to jedna z tych emocji, o których myślimy dobrze. Zbyt rzadko mówimy jednak o jej podwójnej naturze.
Paradoks troski
Troska potrafi być także ciężarem. Możemy wyobrazić ją sobie jako emocjonalny bagaż, który otrzymuje rodzic w momencie narodzin dziecka i którego już nigdy nie odkłada. Troska nie jest wyłącznie czułością. Bardzo często jest też czuwaniem, zamartwianiem się, wypatrywaniem zagrożeń, snuciem czarnych scenariuszy. Ma w sobie komponentę lęku doprawioną poczuciem odpowiedzialności za zdrowie i życie osoby, którą kochamy. Jej paradoks polega na tym, że im ktoś staje się dla nas ważniejszy, tym bardziej staje się także źródłem naszej podatności na lęk i bezsilność. Troska nie kończy się razem z nastaniem wieczoru i nie znika wraz z kolejnymi etapami rozwoju naszego dziecka. Ona raczej zmienia swoją formę. Na początku wyraża się w sprawdzaniu, czy noworodek oddycha. Później przybiera postać zamartwiania się pierwszym samodzielnym wyjściem do szkoły.
Na kolejnym etapie rozwoju to oczekiwanie na bezpieczny powrót nastolatka do domu. Bywa cieniem, nieustannym towarzyszem rodzicielstwa zamkniętym w myślach: „czy moje dziecko sobie poradzi?”, „czy podejmuje decyzję, które są dla niego dobre?”, „jaka będzie jego przyszłość?”.
Jest niczym wciąż aktywny system alarmowy funkcjonujący w stanie gotowości do skanowania otoczenia pod kątem zagrożeń czyhających na dziecko. Nie wyłącza się na czas odpoczynku, snu czy pobytu w pracy. Bywa, że intensywność odczuć sprawia, że choć fizycznie jesteśmy obecni w danym miejscu, mentalnie pozostajemy w miejscu, gdzie doświadczyliśmy troski. Może się tak wydarzyć, kiedy wyjeżdżamy w podróż służbową, a nasze dziecko właśnie mierzy się z czymś zupełnie nowym, np. idzie po raz pierwszy na zajęcia akrobatyki. Myśl: „powinnam/powinienem mu towarzyszyć” lub „a czy na pewno sobie poradzi?!”, „czy mu się spodoba?” może powodować napięcie i poczucie winy, a także nerwowe oczekiwanie na sygnał o tym, jak poszło. Ten przewlekły stan czujności bywa psychicznie wyczerpujący. Organizm rodzica funkcjonuje tak, jakby stale monitorował otoczenie w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. Nawet wtedy, kiedy obiektywnie nic złego się nie dzieje, umysł potrafi podsuwać kolejne scenariusze, analizować ryzyko i przygotowywać się na trudności. Troska staje się wtedy nie tylko emocją, ale także stanem napięcia, który trudno całkowicie wyciszyć.
Kiedy pomagamy za bardzo
Samo doświadczenie troski w jej nieprzyjemnym wariancie nie musi być jednoznaczne z problemem. Pojawia się on wtedy, kiedy towarzyszące jej napięcie zaczyna wpływać na naszą codzienność oraz zachowania, które wybieramy i wnosimy do relacji z dzieckiem. Stan psychiczny rodzica wynikający z zamartwiania się i przewidywania negatywnych scenariuszy wydarzeń może prowadzić do wyboru strategii, które zaczynają przypominać nieefektywne sposoby radzenia sobie z lękiem. W takich momentach często pojawia się silna potrzeba kontroli. Rodzic próbuje usilnie przewidywać trudności, uprzedzać błędy, minimalizować ryzyko lub chronić dziecko przed doświadczeniem dyskomfortu lub niepowodzeniem. Te działania w oczywisty sposób doprowadzają do chwilowego obniżenia lęku i poczucia odzyskania wpływu. Długoterminowo prowadzą jednak do jeszcze większej potrzeby kontrolowania rzeczywistości. Kręcenie się w błędnym kole tej strategii stopniowo przyczynia się do wykształcenia postawy nadopiekuńczości.
Nadopiekuńczość często postrzegamy jako „nadmiar miłości”. Znacznie częściej jednak jest to próba poradzenia sobie z trudnymi emocjami, które pojawiają się wtedy, kiedy dziecko rozwija swoją autonomię i staje się coraz bardziej samodzielne. Dla rodziców taka rozwojowa zmiana oznacza konieczność konfrontowania się z własnym lękiem o przyszłość dziecka i jego wybory, a także ze świadomością, że nie da się go ochronić przed wszystkimi doświadczeniami. Kiedy samodzielność zaczyna być przez rodzica kojarzona z ryzykiem, pojawiają się zachowania w stylu: wyręczanie, uprzedzanie trudności czy odbieranie możliwości podejmowania samodzielnych decyzji. To wszystko można zauważyć w drobnych codziennych sytuacjach.
Wyobraźmy sobie dziesięcioletniego chłopca, który pyta, czy wspólnie z kolegą może pójść na nieodległe boisko pograć w piłkę. Kiedy dorosły odruchowo zaproponuje „lepiej pójdę z tobą”, zabiera szansę na rozwój sprawczości. Takie przejmowanie odpowiedzialności jest naprawdę częstym zjawiskiem. Przy czym motywem jest tu troska, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, jednak faktem pozostaje, że nadmiar opieki bywa tak samo szkodliwy jak jej brak.
Zauważmy ważny fakt: zakres autonomii powinien rozwijać się razem z dzieckiem. Dwulatek może samodzielnie wybrać kolor koszulki, którą na siebie założy, pięciolatek zdecydować, czy ma ochotę iść na urodziny koleżanki, siedmiolatek pakować plecak zgodnie ze wskazówkami, a dziesięciolatek wyjść samodzielnie z kolegami na boisko znajdujące się na osiedlu. Celem rodzicielstwa nie jest wychowanie dziecka, które nigdy nie doświadcza trudności, ale takiego, które wierzy, że potrafi sobie z nimi poradzić. Nadmiar troski może utrudnić to działanie. Kiedy sięgamy po jedną z opisanych strategii, wysyłamy dziecku komunikat, że „świat jest zagrażający, a ty samodzielnie sobie nie poradzisz”. Zadajmy sobie pytanie, w jakich sytuacjach zdarza nam się pomagać dziecku bardziej po to, by uspokoić własny lęk, niż dlatego, że ono naprawdę tego potrzebuje.
Gdy troska zaczyna ciążyć
Troska nie wydarza się jednak tylko po stronie rodzica. Kiedy dorosły doświadcza tego uczucia, dziecko je obserwuje, interpretuje i nadaje mu znaczenie. To, co postrzegamy jako wyraz miłości i chęci ochrony, dla dziecka może się stać komunikatem o tym, jaki jest świat i kim jest ono. Nadmiar troski ze strony rodziców może się przyczyniać do kształtowania lękowego stylu funkcjonowania u dziecka. Trudne emocje rodziców i wynikające z nich sposoby radzenia sobie mogą być źródłem trudności po stronie małego człowieka. Dziecko może zacząć unikać wyzwań w obawie, że sobie nie poradzi, lub wciąż zapraszać dorosłego do towarzyszenia mu w różnych aktywnościach. W odpowiedzi na lęk rodzica rozwinie ono własny repertuar zachowań związanych z lękiem i zamartwianiem.
Jeśli troska rodzica o dziecko zaczyna przybierać formę rozwiązywania za niego trudności i problemów, dziecko może zacząć się wycofywać z takiej relacji lub stopniowo wnosić coraz mniej wątków osobistych do rozmów z rodzicem. Przykładem może być sytuacja, w której dziewięciolatka wraca ze szkoły i opowiada o tym, że pokłóciła się z koleżanką. Zanim skończy zdanie, mama rzuca: „To ja napiszę do jej mamy, musi cię przeprosić. Tak nie możemy tego zostawić”. Nadmierne utożsamianie się z dziecięcymi konfliktami może mieć swoje źródło w lęku, a być może także we wcześniejszym doświadczeniu odrzucenia u rodzica. Lęk przed tym, czego mogłoby doświadczyć dziecko, lub wspomnienie własnej nieprzyjemnej sytuacji nakazuje rodzicowi natychmiastowe działanie. Celem jest ochrona. Niestety działanie przez pryzmat osobistych doświadczeń doprowadza do sytuacji, w której to lęk i zmartwienie zaczynają przejmować kontrolę nad sytuacją, a troska traci swój pozytywny wydźwięk. Dziewczynka dowiaduje się z tej sytuacji tylko tyle, że jej opowieść uruchamia reakcję dorosłego, która jest zbyt trudna do pomieszczenia przez niego. Zadajmy sobie pytanie, jak często nasze dziecko może powiedzieć o trudności bez obawy, że wywoła nasz lęk lub silną reakcję.
Inny przykład sytuacji, w której troska zaczyna ciążyć zarówno dorosłemu, jak i dziecku, to moment, w którym dziecko podejmuje decyzję o ukryciu swoich doświadczeń i przeżyć, żeby nie martwić rodziców. Kiedy role zaczynają się odwracać, mówimy o zjawisku parentyfikacji. W takich momentach troska zmienia kierunek. To już nie tylko rodzic troszczy się o dziecko. Dziecko zaczyna troszczyć się o rodzica. O jego spokój, samopoczucie i emocjonalną równowagę. Coraz uważniej monitoruje emocje rodzica i próbuje nimi zarządzać. Nie mówi o problemach w szkole, ponieważ widzi, jak bardzo mama jest przeciążona. Może zacząć ukrywać swoje trudności psychiczne, żeby „nie dokładać problemów”. Inne dziecko będzie udawać, że wszystko jest w porządku, choć w środku doświadcza lęku lub smutku. Z zewnątrz może to wyglądać jak dojrzałość lub wyjątkowa wrażliwość, w rzeczywistości jednak często staje się dla dziecka dużym emocjonalnym obciążeniem.
Troska nigdy nie znika, ale…
Troska rodzica ciąży już nie tylko jemu, ale także dziecku. Zamiast skupiać się na własnych przeżyciach i potrzebach, dziecko zaczyna odgrywać rolę regulatora emocji dorosłego. W takich sytuacjach troska może stopniowo przestawać być dla dziecka doświadczeniem bezpieczeństwa, a zaczynać kojarzyć się z napięciem, kontrolą i koniecznością chronienia emocji rodzica. A przecież dziecko najbardziej potrzebuje doświadczenia stabilnej i bezpiecznej relacji, do której może przynosić swoje troski i uczyć się regulacji powstałego napięcia bez poczucia, że musi chronić przed tym rodzica. Pomyślmy, czy nasze dziecko ma przestrzeń, by być przy nas nie tylko „grzeczne” i „dzielne”, ale także zagubione, rozzłoszczone lub przestraszone.
Troska prawdopodobnie nigdy całkowicie nie znika z życia rodzica. Zmienia się razem z dzieckiem, dojrzewa, czasem cichnie, a czasem znowu daje o sobie znać. Jest wpisana w bliskość i przywiązanie. Im ktoś staje się dla nas ważniejszy, tym bardziej stajemy się podatni na myśl, że mogłoby mu się stać coś złego. Pamiętajmy, że problem nie zaczyna się wtedy, gdy rodzic się martwi. Martwienie się jest naturalną częścią kochania. Martwimy się wszyscy. Trudność pojawia się dopiero wtedy, gdy lęk zaczyna przejmować stery. Wtedy, kiedy nadmiarowa troska odbiera dziecku przestrzeń do próbowania, popełniania błędów, doświadczania świata po swojemu. Dziecko nie potrzebuje rodzica, który usunie z jego drogi wszystkie przeszkody. Potrzebuje raczej kogoś, kto będzie obok, gdy nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Kogoś, przy kim można się przestraszyć, pomylić, wrócić z trudnym doświadczeniem i usłyszeć: „pomogę ci znaleźć rozwiązanie, jeśli chcesz”. Aby trzymać troskę na wodzy, potrzebujemy głos kontroli zamieniać w towarzyszenie i zaufanie. Możemy mieć myśli, czasem nawet bardzo trudne i przerażające, a jednocześnie decydować, czy podążymy za tym, co znajduje się w ich treści.
Być może właśnie w tym kryje się jedna z najtrudniejszych części rodzicielstwa. Chodzi o to, by znaleźć taką formę troszczenia się o dziecko, żeby nie odbierać mu jednocześnie możliwości stawania się coraz bardziej samodzielną i odrębną osobą.
Aleksandra Salwa — psycholożka. Certyfikowana psychoterapeutka poznawczo‑behawioralna. Pracuje z dziećmi, nastolatkami i rodzicami. Prowadzi psychoedukację w sieci. Znana jest w niej jako „Pani Ola”. Autorka książki „Emocjonalny chaos. Jak uważnie i z troską ogarnąć nastoletnie życie”, a także „Zasobnika”, czyli newslettera dla początkujących terapeutów. Tworzy kreatywne materiały do pracy z dziećmi, młodzieżą i rodzinami

