W Polsce po ustąpieniu z urzędu premiera, a nawet prezydenta na polityka nie czeka właściwie nic. A państwo, które pozwala zniknąć byłemu prezydentowi z doświadczeniem w sprawach bezpieczeństwa, traci ważny atut, nie do zastąpienia przez profesora politologii. Obraz ten zaburza Andrzej Duda.
Nie ma w Polsce drugiej tak dziwnej kariery jak kariera polityka po polityce. Przez lata człowiek negocjuje traktaty, rozmawia z prezydentami, uspokaja rynki, waży ustawy, liczy głosy, bierze na siebie cudze błędy, własne ambicje i zbiorowe histerie, a potem zostają mu trzy możliwości: wywiad w porannej telewizji, autobiografia albo cisza. Wyłączając dosłownie kilku, reszta spędza życie sfrustrowana i daje temu upust w mediach.
99,99 proc. ludzi, w tym niemal wszyscy akademicy, politolodzy i socjolodzy, uchodzi za znawców polityki i w tej roli są przepytywani, nie mając pojęcia (to nie zarzut, nie mogą go mieć), jak działa prawdziwa polityka i co jest w niej możliwe, a co nie. Są znawcami, często wybitnymi, ale teorii. Z różnych powodów naoglądałem się tego od środka i wiem, jak niewiele można zrealizować z wzniosłych idei, ale przede wszystkim — jak niezastąpioną wiedzę praktyczną daje politykowi rządzenie. Tyle że po ustąpieniu z urzędu premiera, a nawet prezydenta w Polsce na polityka nie czeka właściwie nic. Co więcej, można dojść do urzędu prezydenta albo premiera i przez resztę życia uchodzić za przegrywa. Jeśli nie miało się wyłącznie sukcesu za sukcesem, to pozostaje błąkanie się po mediach, zupełne zniknięcie albo jakaś marginalna działalność. Ilu mamy tych, którzy powodu do frustracji nie mają? Kwaśniewski, Tusk (aktywny, ale już raz karierę skończył), Bielecki, Belka… ale palców u jednej ręki jednak mam więcej.




