80 ton polskiego złota wyjechało do Rumunii we wrześniu 1939 r. miejskimi autobusami i ciężarówkami. W poszukiwaniu bezpiecznego miejsca odwiedziło Turcję, Syrię, Saharę, USA, Kanadę…
„Kurier Warszawski” w wydaniu wieczornym z 1 września 1939 r. opublikował odezwę Ignacego Mościckiego. „Cały Naród Polski, pobłogosławiony przez Boga, w walce o swoją świętą i słuszną sprawę, zjednoczony z armią, pójdzie ramię przy ramieniu do boju i pełnego zwycięstwa” — napisał prezydent Rzeczypospolitej. Ale w ciągu najbliższych dni stało się jasne, że Warszawa musi być gotowa nie tylko na naloty, lecz także na walki na ulicach. Pojawiło się zagrożenie, że państwowe rezerwy złota zgromadzone w skarbcu w podziemiach Banku Polskiego przy ulicy Bielańskiej wpadną w ręce Niemców.
Sprawozdanie z 31 grudnia 1938 r. opracowane przez Ligę Narodów podawało, że polskie zasoby złota niemal trzykrotnie przewyższały zapasy hitlerowskich Niemiec. Rzeczpospolita zgromadziła 463 mln zł w złocie, co stanowiło równowartość ówczesnych 87 mln dol. Wyliczenia te nie obejmowały środków gromadzonych w ramach Funduszu Obrony Narodowej, do dozbrojenia armii. Do maja 1939 r. FON zebrał prawie 80 mln zł. Część złota ze skarbu państwa o wartości około 100 mln zł rząd zdeponował w bankach za granicą.
Jeszcze w czerwcu i lipcu podzielono zasoby kruszcu ze skarbca w warszawskim Banku Polskim i rozwieziono po kraju. Do bezpiecznej — jak sądzono — twierdzy w Brześciu nad Bugiem trafiło złoto warte 80 mln zł. Brzeski oddział banku przyjął ładunek wyceniony na 40 mln, do Siedlec wysłano złoto za 80 mln, do Zamościa — za około 30 mln, a do Lublina — 20 mln. Taki stan przedstawił Zygmunt Karpiński, dyrektor działu walutowego i sekretarz rady nadzorczej Banku Polskiego, w wydanej w 1958 r. broszurze „Losy złota polskiego podczas drugiej wojny światowej”.
Kolumna ciężarówek i autobusów
„Gdy wojska nieprzyjacielskie zajmowały w błyskawicznym tempie coraz to większą część kraju i zbliżały się do stolicy, należało zabezpieczyć i ratować zapasy złota, rozmieszczone aż w pięciu miejscowościach, z którymi nawiązanie kontaktu stawało się coraz to trudniejsze” — notował dyrektor Karpiński.
Transport lotniczy okazał się niemożliwy. Nie było samolotów do zorganizowania mostu powietrznego, zresztą w pierwszych dniach września kontrolę nad polskim niebem zaczęła przejmować Luftwaffe. Pozostawał transport kołowy.
Ignacy Matuszewski, 1927 r.
Foto: Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji/NAC
Poszukiwaniem pojazdów, które mogły przewieźć taki ładunek, zajął się por. Andrzej Jenicz. Udało mu się skompletować kolumnę ciężarówek, miejskich autobusów, aut osobowych i znaleźć do nich kierowców. Transportowi towarzyszyły władze banku w składzie: prezes, czterech dyrektorów i około stu konwojentów, pracowników banku. Dołączył do nich płk Adam Koc, były prezes Banku Polskiego, powołany w przeddzień wojny na wiceministra, z mandatem utrzymania łączności z władzami wojskowymi dla zapewnienia bezpieczeństwa przewożonym wartościom bankowym. Pułkownik Koc napisał w pamiętnikach opublikowanych po wojnie w Stanach Zjednoczonych: „Waga złota musiała wynosić co najmniej 80 ton. Transportowanie tak dużego ciężaru podczas wojny, po zatłoczonych szosach, podczas ustawicznego bombardowania przez lotnictwo niemieckie, musiało zagrażać bezpieczeństwu złota. (…) Jedynie działanie z największym pośpiechem mogło dawać pewne szanse powodzenia, mając wciąż do użycia mosty przez Wisłę”.
W nocy z 4 na 5 września pierwszy ładunek złota ruszył do Lublina. Następnie najszybciej, jak mogły, samochody wróciły do Warszawy po kolejny.
Andrzej Mikołajczyk, który miał wtedy osiem lat, jechał w kolumnie ze swoim ojcem Henrykiem, inspektorem Banku Polskiego. Autobusy i ciężarówki z daleka rzucały się w oczy, a tłumy uchodźców wypełniały szosy, spowalniając cały transport. „Przejazdy były jedną wielką niewiadomą — relacjonował. — Pamiętam, kiedyś ojciec wszczął alarm. Jechał na początku kolumny i nagle pojawiła się jakaś smuga światła. Lotnictwo atakowało takie kolumny, nie wolno było więc włączać normalnych reflektorów, jechaliśmy na zaciemnionych światłach. Okazało się, że to któryś z samochodów rzucił na nas snop światła, co dało wrażenie, jakby to był atak lotniczy. Wszyscy wskoczyli do rowów, żeby się jakoś schronić. Na szczęście to był fałszywy alarm. Ale zagrożenie atakami istniało cały czas”.
Gdy z Warszawy dotarł drugi transport ze złotem, okazało się, że Lublin nie stanowi już bezpiecznej przystani. Kolumna ruszyła na wschód, do Łucka na Wołyniu, a potem dalej na południe.
Mistrzyni za kierownicą
Jeden z wypełnionych złotem autobusów na trasie od Łucka prowadziła kobieta, prawdopodobnie w tym nieodłącznym czerwonym berecie, po którym rozpoznawano ją na stadionach lekkoatletycznych. Halina Konopacka, najsłynniejsza przedwojenna polska sportsmenka, mistrzyni olimpijska, była żoną płk. Ignacego Matuszewskiego.
Matuszewski, były minister skarbu i doświadczony oficer wywiadu, po wybuchu wojny nie otrzymał przydziału, więc ewakuował się z żoną na wschód. Dojechali w okolice Łucka, gdzie natknęli się na konwój dowodzony przez płk. Koca. Obaj znali się z pracy w Oddziale II Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego, czyli w wywiadzie i kontrwywiadzie.
Konopacka na igrzyskach w Amsterdamie w 1928 r. była niepokonana w rzucie dyskiem (pobiła przy tym rekord świata) i zdobyła pierwszy dla Polski złoty medal olimpijski. Uwagę akredytowanych dziennikarzy zwróciły wtedy też jej urok i charakterystyczne nakrycie głowy, bo przyznali jej tytuł Miss Olimpiady. Ale Konopacka wykazywała się nie tylko w rywalizacji sportowej. Publikowała wiersze, pisała do „Wiadomości Literackich” i „Skamandra”, malowała. Pisarz Antoni Słonimski żartował, że w tym małżeństwie Matuszewski jest „mężem silnej ręki”. Nie dziwiło więc, kiedy na trasie do granicy polsko-rumuńskiej Konopacka sama chwyciła za kierownicę i poprowadziła wyładowany skrzyniami ze złotem, ciężki autobus.
70 skrzynek dla wojska
13 września na stację kolejową w przygranicznym Śniatynie wjechała kolumna osobliwych pojazdów, w której uwagę przyciągały zwłaszcza miejskie warszawskie autobusy. Do konwoju z Łucka dołączyły ciężarówki wiozące złoto Banku Polskiego z Brześcia, Siedlec i Zamościa. Rozpoczęto przeładunek skrzyń do wagonów towarowych pociągu czekającego na torze prowadzącym do Rumunii.
Polskie złoto wypełniło dziewięć wagonów. Ale to nie był cały ładunek z transportu. „Podczas jego postoju w Dubnie zaszedł — bez wiedzy władz Banku — następujący incydent: Naczelne Dowództwo Wojsk, znajdujące się w danej chwili w Dubnie, poleciło wyjąć z wagonów i zatrzymać do swojej dyspozycji 70 skrzynek ze złotem, wagi około 4 ton i wartości około 22 milionów złotych” — wspominał dyrektor Karpiński. „Wobec odłączenia od głównego transportu losy tych skrzynek potoczyły się zupełnie odrębnymi torami od losów głównego zapasu” — dodawał. Wydzielone złoto przeczekało potem wojnę w Rumunii.
Pułkownik Matuszewski, który przejął dowodzenie transportem od granicy, sprawdził plomby i kłódki. Jego żona Halina zajęła miejsce w pociągu. Skład ruszył. Inspektor Mikołajczyk musiał zostawić żonę i dzieci po polskiej stronie granicy. Matuszewski nie zgodził się na zabranie pociągiem rodzin pracowników banku. Andrzej wspominał, że mieszkali przez kilka dni u ukraińskiej gospodyni, ale 17 września kobieta ostrzegła ich, że powinni uciekać, bo nastroje wśród okolicznej ludności nie są dobre. Polacy w dużej grupie ruszyli na przełaj w stronę Rumunii.
Autobusy linii „H” i „A” (marki Somua i Chevrolet) na Placu Teatralnym, lata 1937-1939
Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Pięć minut na zastanowienie
15 września 1939 r. pociąg z polskim złotem wjechał na stację w Konstancy — portowym rumuńskim mieście nad Morzem Czarnym. Polacy nie wiedzieli jeszcze, że Niemcy wpadli już na trop operacji i rozpoczęli naciski na rząd rumuński. Hitlerowski ambasador w Budapeszcie złożył oficjalne pismo, domagając się zatrzymania transportu jako „materiału wojennego”. Rumuński minister spraw zagranicznych Grigore Gafencu odpowiedział Niemcom, że nie zna sprawy, ale przeprowadzi śledztwo, by ją zbadać. Zapewnił w ten sposób Polakom czas na przewiezienie złota.
Ładunek nie mógł jednak pozostać w porcie. Na szczęście pomógł przypadek i brytyjski konsul sir George Ogilvie-Forbes, który wszedł na stojący przy nabrzeżu wysłużony brytyjski statek handlowy Eocene i złożył jego kapitanowi niecodzienną propozycję. „Przewóz polskiego złota do Turcji. Ma pan pięć minut na zastanowienie” — usłyszał kapitan Robert Brett. Decyzję podjął w zasadzie od razu. „Zgadzam się” — powiedział.
Polacy nocą wnosili skrzynie, maskując je węglem. „Ładowali urzędnicy bankowi, ludzie nieprzyzwyczajeni do takiej pracy, a te skrzynki ważyły po 70 kilogramów. Jak się o tym dowiedziała załoga, ci najęci marynarze, co mieli przewozić złoto, to się tak zlękli, że wszyscy uciekli” — relacjonował Andrzej Mikołajczyk. Gdy tylko ostatnią skrzynię umieszczono na pokładzie, kapitan Brett podniósł kotwicę i wyszedł w morze, nie pytając władz portu o zgodę. „Statek płynął bez żadnych papierów” — dodał.
Przez cały rejs Eocene trzymał się jak najbliżej brzegu. Kapitan tłumaczył płk. Matuszewskiemu, że obawia się ataku ze strony łodzi podwodnych i w razie trafienia torpedą spróbuje osadzić statek na mieliźnie. Szczęśliwie żaden z niemieckich U-Bootów nie namierzył transportu złota i 16 września brytyjski zbiornikowiec zawinął do portu w Stambule. Wtedy do akcji wkroczył polski ambasador Michał Sokolnicki.
Halina Konopacka – Matuszewska
Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Pociąg o „dziwnym składzie”
Sytuacja stawała się coraz trudniejsza, bo głos Berlina był wyjątkowo uważnie słuchany w Ankarze, ale Sokolnicki był skuteczniejszy od niemieckich dyplomatów. Pomogły budowane latami dobre relacje z turecką elitą polityczną. Na spotkaniu z ministrem spraw zagranicznych Şükrü Saracoğlu ambasador uzyskał zgodę na przewiezienie złota do Syrii. Ładunek umieszczono w pociągu „o nieco dziwnym składzie” — jak notował Zygmunt Karpiński: „9 wagonów towarowych, wagonu restauracyjnego oraz dwóch wagonów sypialnych dla wszystkich konwojentów. Podróż przez Ankarę, góry Taurus i Adanę trwała trzy doby”.
Dyrektor działu walutowego Banku Polskiego opisał również „nowy incydent”, który mógł utrudnić, a może nawet zatrzymać cały transport. Urzędnicy kolejowi w Ankarze zażądali bowiem od Polaków opłaty za przewóz. Tym razem nie pomogło powoływanie się na decyzje wyższych władz. Ambasador Sokolnicki pożyczył odpowiednią kwotę od dyrektora amerykańskiej spółki paliwowej Vacuum Oil Company i uregulował należność.
22 września skład przekroczył granicę syryjską, gdzie trzeba było całe złoto przeładować do kolejnego pociągu. Od tego momentu ochronę nad transportem przejęli Francuzi. Następnego dnia polskie złoto dotarło do Bejrutu.
Pułkownik Matuszewski mógł odetchnąć, bo zawartość skarbca Rzeczypospolitej znalazła się na terytorium pod kontrolą Paryża, ale Polaków czekało jeszcze ważne zadanie — przetransportowanie złota do Francji. Tam zmierzały polskie władze po ewakuacji z kraju i tam miała tworzyć się polska armia. Ładunek podzielono na trzy części i przeniesiono na trzy podstawione okręty francuskiej marynarki wojennej.
Amerykański złoty sen
28 września skapitulowała Warszawa. 30 września w Paryżu Władysław Raczkiewicz został zaprzysiężony na prezydenta RP na uchodźstwie, a urząd premiera objął gen. Władysław Sikorski. 5 października do francuskiego Tulonu zawinął wypełniony polskim złotem krążownik Émile Bertin, a dzień później — Vauban i Épervier. Operacja przerzutu zakończyła się sukcesem. Depozyt trafił do banku w Nevers, 250 km na południe od Paryża.
Matuszewski i Konopacka także zostali nad Loarą. Halina wróciła do pisania wierszy, jej mąż zaangażował się w politykę emigracyjną. Nie na długo.
10 maja 1940 r. Wehrmacht uderzył na zachód. Wojska niemieckie przedarły się przez las w Ardenach, zajęły Holandię, Belgię i odcięły siły francusko-brytyjskie na północy. Polskie złoto po raz kolejny znalazło się w zagrożeniu. Rząd Sikorskiego zwrócił się do Anglii o pomoc w ewakuacji zapasów kruszcu, ale na transport przez Normandię było już za późno. Francuzi zdecydowali, że zasoby złota mają być wywiezione przez porty na zachodzie. Również i polski depozyt odtransportowano pociągiem do Lorient.
Paryż skapitulował 14 czerwca. 16 czerwca, kiedy władze Francji poprosiły Niemców o zawieszenie broni, do portu w Lorient wszedł krążownik Victor Schœlcher. Nad ranem kolejnego dnia polskie złoto było już w ładowni. Czuwał nad nim Stefan Michalski, dyrektor warszawskiego oddziału Banku Polskiego.
Krążownik Victor Schœlcher, 1940 r.
Foto: Fot. Wikipedia
Michalski uzgodnił z kapitanem, że popłyną do Stanów Zjednoczonych. Tam złoto miało bezpiecznie doczekać końca wojny w Europie.
Rozkaz z pułapką
18 czerwca krążownik Victor Schœlcher wyszedł z portu. „Następny okręt, który w godzinę po nas opuścił Lorient, trafił na minę i zatonął — relacjonował w raportach dyrektor Michalski. — W nocy włączono nas do większego konwoju, który wziął początkowo kurs na zachód. Następnego dnia zauważyłem jednak, że nasz statek odłączył się od konwoju i płynie w kierunku południowo-wschodnim”.
Kapitan przekazał Michalskiemu, że zamierza zawinąć do Casablanki, ale podzielił się z nim także niepokojącą informacją, która mogła być efektem działań strony niemieckich służb próbujących pokrzyżować plany Polaków.
„Kapitan okrętu otrzymał radiowy rozkaz natychmiastowego udania się do portu Royan na zachodnim wybrzeżu Francji. Nie taił przy tym, że był tym rozkazem zdumiony, gdyż wiedział, że port ten był silnie bombardowany; dodał również, że sposób podania tego rozkazu odbiegał od przyjętego w marynarce francuskiej zwyczajowego schematu; wobec tych nasuwających się mu wątpliwości poprosił admiralicję o powtórzenie tego nieco tajemniczego rozkazu, uprzedzając, że w razie braku potwierdzenia skieruje statek do Casablanki. Potwierdzenie nie nadeszło i zdaje się, że dzięki przezorności kapitana uniknęliśmy wpadnięcia w pułapkę. W nocy admiralicja potwierdziła rozkaz udania się do Casablanki”.
Prawdopodobnie wieści o podpisaniu rozejmu francusko-niemieckiego 22 czerwca sprawiły, że Francuzi zmienili plany. Krążownik Victor Schœlcher otrzymał rozkaz wypłynięcia z Casablanki do portu w Dakarze, skąd „po paru tygodniach wysłano całe złoto do fortu Kayes, położonego w głębi Sahary, o 800 kilometrów od Dakaru” — pisał Michalski.
Generał Sikorski osobiście interweniował u premiera Wielkiej Brytanii, domagając się, by Winston Churchill wydał polecenie zatrzymania francuskiego okrętu przez brytyjską marynarkę wojenną, ale na jakiekolwiek działanie było już za późno. Polskie złoto znalazło się pod kontrolą zależnego od III Rzeszy francuskiego państwa Vichy. Stojący na czele kolaboracyjnych władz marszałek Philippe Pétain co prawda odmówił wydania kruszcu Niemcom, ale nie zgodził się też na wydanie go Polakom. W tej sytuacji rząd londyński musiał uciec się do podstępu.
Tajemnicze zaginięcie
Podpowiedź, jak działać, Polakom podsunęli Belgowie, których złoto razem ze złotem polskim utknęło w Afryce. Wytoczyli Bankowi Francji proces przed sądem federalnym w Nowym Jorku. Chodziło o możliwość zablokowania na poczet odszkodowania aktywów Francji spoczywających w amerykańskich bankach. Polskie władze w Londynie również złożyły taki pozew, a sąd zgodził się na zamrożenie francuskich oszczędności.
Przełom przyszedł w październiku 1941 r. Rząd Sikorskiego zawarł porozumienie z Francuskim Komitetem Narodowym kierowanym przez gen. Charles’a de Gaulle’a — przeciwnika marszałka Pétaina i rządu francuskich kolaborantów. Zgodnie z układem Francuzi zobowiązali się zwrócić Polsce złoto. Trzeba było jednak poczekać na to jeszcze ponad rok, do zwycięstwa aliantów w Afryce.
W styczniu 1944 r. polscy urzędnicy bankowi dotarli do fortu Kayes. Mieli sprawdzić, czy polskie złoto jeszcze tam jest. Brakowało ponad 10 proc. depozytu. Francuzi obiecali, że wyjaśnią sprawę, ale do dziś nie wiadomo, w jaki sposób i gdzie dokładnie zaginęła część polskiego złota.
Miesiąc później do portu w Dakarze po polskie złoto przypłynęły dwa amerykańskie niszczyciele i przetransportowały je do Nowego Jorku. Tam decyzją polskiego rządu na emigracji ładunek podzielono na trzy części — jedna została w USA, druga trafiła do Ottawy w Kanadzie, a trzecia popłynęła do Londynu.
Skarbiec Banku Polskiego w Warszawie
Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Złoto dla komunistów
Po wojnie wsparte na Moskwie nowe władze Polski rozpoczęły starania o przejęcie zawartości skarbca Banku Polskiego. Rząd londyński mógłby podjąć próby zachowania kontroli choćby nad depozytem złożonym w Wielkiej Brytanii, ale kiedy na początku lipca 1945 r. zachodnie mocarstwa wycofały poparcie dla władz emigracyjnych, a uznały komunistyczny Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej, sprawa stała się praktycznie przesądzona.
Londyn uzależnił wydanie rezerw złota od pokrycia przez stronę polską kosztów cywilnych utrzymania Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i uchodźców wojennych z Polski. Rząd w Warszawie zgodził się zapłacić za to ponad trzema tonami złota i przejął kontrolę nad resztą depozytu. Również władze amerykańskie i kanadyjskie przekazały komunistom pozostające pod ich opieką zasoby Banku Polskiego. Szacuje się, że w ten sposób Polska Ludowa objęła w posiadanie około 70 ton przedwojennego złota uratowanego przed rozgrabieniem przez Niemców.





