— Pamiętajmy, że świętość to przekraczanie granic — mówił podczas ingresu nowy biskup koszalińsko-kołobrzeski Krzysztof Zadarko. W sobotę oficjalnie objął władzę w diecezji. W tej wielkiej uroczystości brali jednak udział biskupi, którzy wcześniej zostali ukarani przez Watykan. Ich obecność tam też była przekroczeniem granic. I bynajmniej nie miała nic wspólnego ze świętością. — Są złymi twarzami Episkopatu — komentuje osoba skrzywdzona seksualnie w Kościele.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Nominacja Krzysztofa Zadarki na biskupa koszalińsko-kołobrzeskiego to kolejna decyzja papieża Leona XIV wobec polskiego Episkopatu.
Wcześniejszą było odesłanie arcybiskupa Marka Jędraszewskiego na zasłużoną emeryturę, a w jego miejsce wysłanie kardynała Grzegorza Rysia, który od trzech miesięcy usiłuje posprzątać po swoim poprzedniku.
Ci biskupi przekroczyli kolejną granicę przyzwoitości
Ingres, czyli uroczyste objęcie władzy nad diecezją, odbył się w sobotę 28 lutego. W wygłoszonej homilii hierarcha dużo miejsca poświęcił temu, jak ważne w dzisiejszym świecie są świętość i prawda.
— Naszym celem jest dążenie do świętości, a rolą biskupa jest pomóc ludziom w tym dążeniu. Nie jest ono łatwe, bo współczesny świat nie znosi słowa „świętość”. Próbuje człowieka od niej za wszelką cenę odciągnąć, proponując w zamian fałszywe, pozorne wartości. Tymczasem celem Kościoła jest nieustanne szukanie tego horyzontu świętości, ciągłe zasłuchanie się w Pana Boga […] Pamiętajmy, że świętość to przekraczanie granic — mówił.
Słowa biskupa Zadarki brzmiałyby naprawdę dostojnie, gdy nie pewien wyjątkowo znaczący w tym dniu szczegół. Otóż hierarcha na swoją kościelną uroczystość zaprosił biskupów, których wcześniej ukarał Watykan. I to nie za kradzież cukierków, ale za systemowe tuszowanie pedofilii w Kościele.
To biskupi, na których Watykan nałożył kary i których nie powinno się zapraszać na tak ważne uroczystości.
Biskupi chcą dalej brylować na salonach
Jednym z nich był emerytowany ordynariusz diecezji zielonogórsko-gorzowskiej Stefan Regmunt. Kilka lat temu okazało się, że nie zgłosił do watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary oskarżenia o molestowanie pod adresem księdza Stanisława R., byłego dyrektora administracyjnego Wyższego Seminarium Duchownego w Paradyżu, a następnie proboszcza parafii w Witnicy. O przestępstwach popełnianych przez ks. R. w 2014 r. poinformował biskupa jeden z pokrzywdzonych.
W czerwcu 2021 r. Watykan zakazał Regmuntowi „uczestniczenia w jakichkolwiek celebracjach lub spotkaniach publicznych na terenie diecezji zielonogórsko-gorzowskiej” oraz „udziału w gremiach Konferencji Episkopatu Polski”, a także nakazał, by uczestniczył finansowo — z prywatnych środków — w wydatkach diecezji zielonogórsko-gorzowskiej związanych z przeciwdziałaniem wykorzystaniu seksualnemu małoletnich.
Regmunt przez wiele lat nie wypełnił watykańskiej kary i nie wpłacał prywatnych pieniędzy na ten cel. Jak widać, perspektywa wydatków zabolała go w tym wszystkim najbardziej. Od czasu skazania wielokrotnie pojawiał się też publicznie np. na jubileuszowej pielgrzymce Radia Maryja na Jasną Górę czy pogrzebie bp. Edwarda Janiaka we Wrocławiu. Na ingresach biskupich gości regularnie, nie czując, że jego aktywność wywołuje zgorszenie.
Odszedł z diecezji, bo musiał. A potem kłamał
Kolejnym ukaranym biskupem jest Andrzej Dzięga. Od wielu lat w kościelnych kuluarach krążyły plotki, że Watykan bada jego zaniedbania. W końcu 24 lutego 2024 r. przyszła oficjalna wiadomość, że papież Franciszek przyjął rezygnację arcybiskupa Andrzeja Dzięgi z posługi arcybiskupa metropolity szczecińsko-kamieńskiego.
Arcybiskup nie chciał wyjawić prawdziwych powodów swojego odejścia. Próbował okłamać zarówno księży jak wiernych, tłumacząc wszystko swoimi słabym stanem zdrowia.
„Ostatnie pół roku to jednak czas radykalnego osłabienia mojego stanu zdrowia. Dlatego jesienią stało się dla mnie oczywiste, że nadszedł także czas ustąpienia z urzędu. Ojciec Święty Franciszek przychylił się do mojej prośby i dzisiaj został ogłoszony fakt przyjęcia mojej rezygnacji” — napisał w liście do swoich kapłanów.
Jego kłamstwa wywołały lawinę oburzenia. Zaprotestowali nawet niektórzy polscy biskupi, episkopalni koledzy Dzięgi. To wywołało niespodziewany rozłam w Episkopacie.
Aby załagodzić sytuację, Nuncjatura Apostolska w Polsce przyznała, że Dzięga został odwołany „w następstwie dochodzenia prowadzonego z ramienia Stolicy Apostolskiej w sprawie zarządzania diecezją, a w szczególności zaniedbań, o których mowa w dokumencie papieskim Vos estis lux mundi”.
Wiadomo również, że przeciwko Dziędze toczyły się dwa procesy kanoniczne, związane z tuszowaniem przestępstw seksualnych. Pierwszy z nich to sprawa ks. Józefa G., którego Dzięga miał kryć, będąc jeszcze biskupem sandomierskim, drugi dotyczy seryjnego pedofila ks. Andrzeja Dymera ze Szczecina.
Biskup, który odpowiada za jedną z największych afer w polskim Kościele
W Koszalinie obecny był także kolejny emeryt — Wiktor Skworc. To jedyny do tej pory przypadek, gdy biskup sam przyznał publicznie, że popełnił poważne zaniedbania wobec księdza pedofila i poprosił o przeprowadzenie kościelnego procesu wobec niego.
Dziś już wiadomo, że historia ks. Stanisława P., którego przez lata miał kryć Skworc, to jedna z największych afer w polskim Kościele katolickim, a skala krzywd jest porażająca. Z ustaleń prokuratury wynikało, że ks. P. mógł wykorzystać nawet około 100 chłopców.
Kapłan najpierw krzywdził dzieci w kilku parafiach na terenie diecezji tarnowskiej, a po 2003 r. również w Ukrainie, gdzie wysłał go właśnie Wiktor Skworc. W związku z ewidentnymi zaniedbaniami, które potwierdził również Watykan, Skworc poprosił o wyznaczenie swojego następcy, złożył rezygnację z członkostwa w Radzie Stałej Konferencji Episkopatu Polski, z funkcji przewodniczącego Komisji ds. Duszpasterstwa Konferencji Episkopatu Polski, zobowiązał się też wesprzeć z prywatnych środków wydatki diecezji tarnowskiej związane ze sprawami wykorzystania seksualnego.
Wykonał swoje kary, ale nie odsunął się w cień. W styczniu 2025 r. informowaliśmy o tym, że mimo emerytury abp Skworc ciągle aktywnie uczestniczy w życiu archidiecezji, odprawiając msze, spotykając się z młodzieżą, czy udzielając sakramentu bierzmowania. Choć Skworc wywołał oburzenie u wiernych, kuria zapewniała wówczas, że wszystko odbywa się zgodnie z kościelnym prawem.
„Są złymi twarzami Episkopatu”
— Faktem jest, że ci trzej hierarchowie nie mają kanonicznych zakazów uczestniczenia w uroczystościach tak w swoich diecezjach, jak i poza nimi. Jednak oprócz prawa jest też zwyczajna, ludzka przyzwoitość — zauważa w rozmowie z „Newsweekiem” Robert Fidura, osoba skrzywdzona w Kościele.
Nasz rozmówca od lat konsekwentnie śledzi i obnaża nieprawidłowości w polskim Kościele katolickim. Mężczyzna uważa, że obecność ukaranych hierarchów na tak ważnych wydarzeniach, jak uroczysty ingres, to policzek dla osób zranionych.
— Wszyscy trzej mają na swoich kontach zaniedbania w sprawach związanych z wykorzystywaniem seksualnym nieletnich, są złymi twarzami Episkopatu, a ich obecność na ingresie — czy gdziekolwiek indziej — nie jest konieczna do ważności tego czy innego aktu. Im mniej ich w przestrzeni publicznej, tym lepiej — dodaje Fidura.

