Paweł Pawlikowski daje nam metraż — jak na dzisiejsze standardy w kinie — szokująco krótki. A Sandra Hüller dokonuje w tym filmie rzeczy niebywałych. Jako nieliczni widzieliśmy już nowy film Pawlikowskiego „Fatherland”, który w czwartek ma swoją premierę w Cannes.
Thomas Mann, pomnikowy pisarz, kroczący jak posąg przez Niemcy ze swoimi odczytami o Goethem, ledwo zauważa zniszczony kraj, polityczne manipulacje, jakim jest poddawany, a na pewno nie zauważa dramatu swoich dzieci.
W roku 1949 Mann, wówczas już obywatel amerykański, noblista od 20 lat, przyjechał do Niemiec, z których uciekł w 1933 r. Przyjechał w towarzystwie córki Eriki jako osobistej sekretarki, asystentki od promocji oraz kierującej limuzyną, którą przemierzają pogorzelisko po III Rzeszy. Jako córka, w optyce autora „Czarodziejskiej góry”, jest na ostatnim miejscu. W końcu nie po to geniusz płodził dzieci, żeby sobie zawracać głowę miłością do nich.
Przybywają zatem Thomas i Erika do anglosaskiej strefy okupacyjnej, żeby Mistrz mógł uczestniczyć w obchodach 200-lecia urodzin Johanna Wolfganga Goethego, a później jadą do Weimaru w strefie sowieckiej. Tymczasem Klaus Mann, też pisarz, w czasie wojny niezłomny antyfaszysta, finiszuje ze swoim nieszczęsnym życiem ni mniej, ni więcej tylko w słonecznym Cannes. W Cannes, gdzie 77 lat później Paweł Pawlikowski pokazuje „Fatherland” (w polskich kinach będzie nosić tytuł „Ojczyzna”) w konkursie głównym wielkiego festiwalu.
Po ośmiu latach od „Zimnej wojny”, za którą dostał w Cannes nagrodę za najlepszą reżyserię, nakręcił film o Mannach. Czarno-biały, co nie zaskakuje, z obłędnymi zdjęciami Łukasza Żala oczywiście, z fabułą prostą, acz poprowadzoną z morderczą precyzją i z fenomenalną Sandrą Hüller w roli Eriki, która w sposób naturalny jest główną bohaterką tego filmu.
Paweł Pawlikowski w Cannes, 2018 r.
Foto: Abaca/Newswpix.pl / Reuters
Można nakręcić niespełna półtoragodzinny film, w którym jest tyle znaczeń, tematów do analizy, że rozmawiać o nim trzeba dłużej niż o wszystkich nominowanych w tym roku do Oscara obrazach? Można. Nie trzeba rozciągać do dwóch i pół godziny i watować scenami, które nic nie wnoszą? Nie trzeba. Nawet jeśli tym się głównie ostatnio zajmuje kino. Nieustannie wszak oglądam premiery, które zbliżają się do trzech godzin metrażu. Gdy już czekam na przynoszące ulgę napisy końcowe, gdy myślę, że za chwilę musi być finał opowieści, to okazuje się, że dopiero jesteśmy na półmetku i trzeba jeszcze przecierpieć trzy finały, zanim pójdą upragnione napisy. Oczywiście, jeśli po napisach końcowych nie będzie dodatkowej sceny, na którą nikt nie czeka, prócz pijanego swoją wybitnością reżysera.
Tymczasem Pawlikowski daje nam metraż, jak na dzisiejsze standardy w kinie, szokująco krótki – 82 minuty. Wyobrażacie sobie? Godzina i 22 minuty, dodam dla mocniejszego efektu. Spodziewam się, że proces montażu „Fatherland” polegał na wycinaniu każdej zbędnej sekundy, bo mimo iż wpatrywałem się w ekran z maniacką skrupulatnością, to żadnego kłębka waty nie znalazłem. Każde zdanie jest po coś, a nawet każdy grymas twarzy Sandry Hüller ma głęboki sens. O tym, jak Hüller potrafi zagrać nawet kącikiem ust, jak jej fizis zmienia się z wściekłej w anielską niemal niezauważalnym ruchem mięśni twarzy, mógłbym pisać elaboraty. To jest film o Mannie, ale stokroć bardziej o Erice. Jedynej osobie, która trzeźwo widzi rzeczywistość, w jaką został wrzucony jej wielki i swoją wielkością znarkotyzowany ojciec.
Sandra Hüller
Foto: Zuma/Newspix / Reuters
Za to tyle jest tu scen, które natychmiast domagają się przegadania, a które mogą umknąć nieuważnemu widzowi, że „Fatherland” z jednej strony ogląda się z luzacką, niemal hedonistyczną rozkoszą, z drugiej — wymaga całkowitego zaangażowania w historię. A my wszyscy przecież staliśmy się nieuważnymi widzami, którzy filmy zaliczają, zamiast oglądać, a gdy wychodzimy z kina, to często nasza refleksja ogranicza się do „podobało mi się” albo „nie podobało mi się”. Ale jak wziąć nas na spytki, to niewiele poza tą głębinową myślą z siebie wydusimy.
Kolekcjonowałem sceny, jak ta rozmowy Manna z dwoma wnukami Richarda Wagnera, którzy chcą reaktywować festiwal w Bayreuth i potrzebują wsparcia noblisty. Wszyscy tu Manna chcą użyć, zarówno komuniści, jak i demokraci, którzy w głębi ducha nadal są hitlerowcami, tyle że muszą mówić, iż nic ich z nazizmem nie łączyło. Otóż wnuki Wagnera mówią Mannowi, że teatr operowy w Bayreuth nie został zniszczony, tylko trzeba z niego wypędzić uchodźców.
Jeśli zapytacie mnie, czy film o Niemcach w 1949 r. można odczytać jako dzieło o czasach dzisiejszych, to tak — jest to film o współczesności. Ale dlatego przecież, że każde wybitne dzieło traktuje o współczesności, bez względu na to, czy opowiada o wojnie trojańskiej, czy o upadku III Rzeszy. Człowiek ze swoimi emocjami i charakterem nie zmienia się od zarania dziejów. Zmieniają się wyłącznie okoliczności.
Mam ciężką do pohamowania potrzebę, żeby „Fatherland” streścić scena po scenie, dialog po dialogu, a do tego każdą scenę i każdy dialog — z powodu mojego patologicznego belferstwa — dokładnie wytłumaczyć. Powiem tyle, że ten film jest nie tylko o Erice bardziej niż o jej starym, ale też jest to film Sandry Hüller, która dokonuje tu rzeczy niebywałych. Od lat ją śledzę, mam do jej aktorstwa stosunek bardziej nawet kibolski niż kinomański, a tutaj jest jeszcze lepsza niż w każdym poprzednim filmie. Od czasów, gdy w debiutanckim „Requiem” 20 lat temu kapitalnie zagrała dziewczynę poddaną egzorcyzmom, jest znakomitsza z każdym rokiem. Strach pomyśleć, że aktorsko może się jeszcze rozwinąć.
Jakże rozkoszne są sceny jak ta, gdy w kawiarni na Erikę napatacza się wzdęty swoją wspaniałością Gustaf Gründgens, jej pierwszy mąż, a przy okazji pierwszy aktor III Rzeszy, pieszczoch Göringa. Wszak Klaus Mann w „Mefisto”, swojej najsłynniejszej powieści, sportretował Gründgensa jako Hendrika Hofgena, wielkiego artystę, który zaprzeda duszę diabłu dla sławy scenicznej. Historia sprawiła, że wówczas szatanem był nazizm, a zatem Hofgen, czyli Gründgens, zagrany w filmie Istvána Szabó według książki Manna juniora przez Klausa Marię Brandauera, podpisał cyrograf z nazistami. Fenomen „Fatherland” polega na tym, że po wyjściu z seansu chciałem natychmiast znów czytać powieść Klausa, znów oglądać „Mefista” Szabó, zabierać się za biografię Thomasa Manna i rekonstruować życie wszystkich jego dzieci.
Ile trwa scena w kawiarni, gdy Erika policzkuje byłego męża? Trzy minuty, cztery? A mnie się pootwierały natychmiast przepastne szuflady skojarzeń: Gründgens, Hofgen, „Mefisto”, Szabó, Brandauer… Mało skojarzeń? Proszę uprzejmie: gdy chór umundurowanych niemieckich chłopiąt śpiewa hymn powstającej właśnie NRD, natychmiast narzuca się wspomnienie chłopięcia w mundurze Hitlerjugend śpiewającego o jelonku w „Kabarecie” Boba Fosse’a. Kiedy sowiecki oficer od propagandy wita Manna, od razu wiemy, że cytuje „Fausta” Goethego. Chociaż to akurat dziecinnie proste było. W końcu każdy, kto tylko usłyszy: „Jam jest częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc…” już dopowiada resztę, nawet zerwany w środku nocy. To, że słowa Mefistofelesa wypowiada komunistyczny politruk w mundurze, ma swoje znaczenie, prawdaż? Ilu cytatów nie wyłapałem, nie mam pojęcia, trzeba będzie jeszcze ze trzy razy obejrzeć „Fatherland”.
Mann przyjechał do Niemiec, bo wierzył w „dobre Niemcy”, co deklaruje w czasie jednej ze swoich przemów o Goethem. Tyle że „dobre Niemcy” co innego znaczyły w strefie alianckiej, co innego w sowieckiej, z których to stref później powstały NRF i NRD.
Mann naprawdę wierzył w te „dobre Niemcy”, wystarczy sięgnąć po jego antyhitlerowskie audycje dla rodaków nadawane przez BBC w czasie wojny. Tyle że nie wszyscy rodacy widzieli w nim kryształowego demokratę — wielu miało go za zdrajcę, ponieważ w ich sercach wciąż żył nazizm.
To jest też film o tym, że faszyzm nie znika w chwili przegrania wojny. Wszak w „Fatherland” nieustannie pojawiają się faszyści, choćby pijani weterani Wehrmachtu, a może nawet SS, ryczący na ulicy wojenne pieśni. Erika wyzywa ich z okna hotelowego, ale to są wyzwiska pełne bezsilności. Ona jedna rozumie, w jakiej politycznej pułapce znalazł się jej ojciec, ona cierpi z powodu tragedii Klausa. Ich ojciec poprawia w tym czasie tekst swojego przemówienia i nie będzie sobie zawracać głowy organizacją pogrzebu. Zajmie się tym Michael, najmłodsze z dzieci Thomasa.
Jak można być autorem „Doktora Faustusa” i nie widzieć, że jest się politycznie wykorzystywanym do spraw przyziemnych, by nie rzecz podłych? Można. Jeśli jest się artystą, spragnionym nieśmiertelności tak bardzo, że nie czuje się obecności Mefista. A Mefisto sączy do ucha trujące komplementy i zdradliwe zachwyty, byle zabrać duszę.




