Dziś, żeby poczuć przyjemność, musimy jednocześnie oglądać serial na Netfliksie, jeść żelki z konopi indyjskich, popijać kieliszkiem wina oraz przeglądać internet na smartfonie. Nasz próg hedonizmu niebezpiecznie się podniósł. Dlatego powinniśmy otworzyć się na ból, wysiłek i niewygodę — mówi Anna Lembke, profesorka psychiatrii z Uniwersytetu Stanforda, mówczyni Impact SEE.
„Newsweek”: To podejmowanie wyzwań, robienie tego, co trudne, nadaje życiu wartość, przekonuje pani w swoich książkach. To raczej niepopularna opinia?
Anna Lembke: Rzeczywiście, dominuje przekonanie, że jeśli odczuwamy dyskomfort, nawet najłagodniejszy, to coś jest z nami nie tak i musimy pójść do lekarza, wziąć tabletkę, znaleźć nową pracę czy partnera. Bo tylko pełny komfort oznacza, że wszystko idzie tak, jak powinno. A to nieprawda. Od tysiącleci filozofowie uczą, że życie jest pełne cierpienia. Szukanie sposobów, by szlachetnie przez nie przejść, jest właśnie sensem życia.
A czy celem kultury i cywilizacji nie jest ułatwianie życia?
— Jest. Wyeliminowaliśmy choroby zakaźne. Wprowadziliśmy kanalizację. Mamy antybiotyki. Żyjemy dłużej i zdrowiej. I nie chodzi mi o to, by podważać osiągnięcia, dzięki którym nasze życie stało się mniej brutalne i dłuższe. Ale osiągnęliśmy punkt zwrotny. Nasze życie stało się zbyt wygodne. Stworzyliśmy świat oparty na przewidywalności i kontroli, w którym straciliśmy tolerancję na jakikolwiek dyskomfort, na niepewność czy wyzwanie. I, paradoksalnie, nie jesteśmy wcale szczęśliwsi niż wtedy, gdy walczyliśmy o przetrwanie. Ba, jesteśmy wręcz bardziej nieszczęśliwi. Nieustanne dążenie do wygody i przyjemności sprawiło, że nasze mózgi potrzebują więcej i silniejszych nagród, aby czuć się normalnie.
Mam problem z ideą, że cierpienie ma sens, może dlatego, że odebrałam katolickie wychowanie. Bo jaki sens ma ból nieuleczalnie chorych na raka? Albo czy żona powinna nie odchodzić od przemocowego męża, tylko nieść swój krzyż?
— To odwieczne pytanie. Jeśli istnieje Bóg, dlaczego dopuszcza straszne cierpienie? A mówienie osobie przeżywającej dramat: „Cóż, to wszystko jest częścią Bożego planu” jest po prostu okrutne. Znalezienie sensu w cierpieniu wcale jednak nie oznacza, że zasługujemy na nie ani że powinniśmy znosić je bezczynnie, bo Bóg tak chciał. To absurd. Cierpienie nie jest karą za złe uczynki ani gwarancją nagrody w życiu pozagrobowym. Jego akceptacja nie oznacza pasywności: przeciwnie, to może być życie aktywne i oparte na zasadach moralnych. Bo należy robić wszystko, co w naszej mocy, aby ograniczyć cierpienie, swoje i innych. Byle nie za pomocą krótkotrwałej ucieczki w przyjemności.
Ból — a przynajmniej trochę bólu — daje nam szczęście?
— O, absolutnie tak. Istnieją badania pokazujące, że narażanie organizmów na bolesne lub toksyczne bodźce — w odpowiedniej dawce, nie za dużej i nie za małej — sprawia, że stają się odporniejsze, żyją dłużej i są zdrowsze. To paradoks: dążąc do szczęścia, stajemy się mniej szczęśliwi, ale dawkując sobie ból, resetujemy ścieżki nagrody w mózgu.
Hasło ze ściany siłowni: „no pain, no gain”, czyli bez bólu nie ma efektów, to dobra filozofia życia?
— Podobnie jak cytat z Nietzschego: „Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. Cierpienie jest fizjologicznie niezbędne, aby ludzki mózg pozostał zdrowy. Nasz gatunek ewoluował w świecie niedostatku i nieustannego zagrożenia, więc te najprymitywniejsze, ale i najsilniejsze neurobiologiczne mechanizmy nagrody w mózgu sprawiają, że odruchowo dążymy do przyjemności i unikamy bólu. Ale żeby mieć zdrowsze i bardziej satysfakcjonujące życie, należy sobie uświadomić, że to pradawne oprogramowanie nie pasuje do współczesnego ekosystemu, który zapewnia obfitość uzależniających przyjemności. Musimy więc świadomie od czasu do czasu rezygnować z komfortu i otworzyć się na ból. Ból w szerokim znaczeniu, obejmujący także wysiłek, niewygodę czy choćby odłączenie się od internetu. Nasz próg hedonizmu znacząco się bowiem podniósł. Dziś, żeby poczuć przyjemność, musimy jednocześnie oglądać serial na Netfliksie, jeść żelki z konopi indyjskich, popijać kieliszkiem ulubionego wina oraz przeglądać internet na smartfonie.
Mimo korzyści płynących z wysiłku i bólu nie chciałabym żyć bez pralki, zmywarki, żarówki, antybiotyków czy znieczulenia. Gdzie leży granica między życiem łatwym a zbyt łatwym?
— To najważniejsze pytanie: jak utrzymać równowagę? Nie chodzi o cofnięcie czasu, zostanie amiszem czy luddystą. Postęp ma wiele zalet, z których nie chcielibyśmy rezygnować. Ale istnieje punkt krytyczny i myślę, że właśnie w nim jesteśmy. Skoro nasz mózg jest tak zaprogramowany, by chciał coraz więcej przyjemności, musimy się zastanowić, jakie bariery ochronne możemy wprowadzić, aby pomóc sobie i innym, nie popadając w kompulsywną, unieszczęśliwiającą nas konsumpcję. Ostatecznym celem kapitalizmu jest przecież uzależnienie nas od konsumowania.
Musimy znaleźć złoty środek, mając świadomość, że głównym czynnikiem ryzyka jest dostęp do substancji lub zachowań uzależniających. Mając go, większości ludzi będzie bardzo trudno ograniczyć spożycie. Nie możemy więc polegać wyłącznie na sile woli. Musimy stworzyć zabezpieczenia.
Jakie?
— Można stosować strategie samodyscypliny, jak na przykład świadome ograniczenie dostępu do substancji i zachowań uzależniających, utrzymywanie kontaktów z osobami, które konsumują z umiarem, czy przyjmowanie wartości — czy to poprzez organizacje wyznaniowe, czy osobiste filozofie — które pomagają nam się chronić na wyższym, transcendentnym poziomie przed kompulsywnym nadużywaniem.
Są też działania zbiorowe, czyli ustawodawstwo pociągające do odpowiedzialności korporacje, które produkują substancje i zachowania uzależniające oraz czerpią z nich zyski. Rządy na całym świecie eksperymentują z zakazem korzystania z mediów społecznościowych u osób poniżej 16. roku życia. Szkoły wprowadzają ban na smartfony w najmłodszych klasach, co jest absolutnie konieczne, bo smartfon to automat do gry w kieszeni i dzieci trzeba przed nim chronić. Nie pozwalamy przecież dzieciom kupować papierosów i alkoholu ani wchodzić do kasyn. A dwulatkom dajemy iPady, by mogły bez nadzoru przeglądać treści w wysoce zseksualizowanym internecie. To szaleństwo.
Być może niezamierzone konsekwencje tych eksperymentów będą gorsze od samego problemu, ale przynajmniej nie siedzimy z założonymi rękami, mówiąc: „Och, sytuacja jest beznadziejna”.
„Niewolników dopaminy” napisała pani jeszcze przed pojawieniem się Ozempicu i AI. Oba te rozwiązania przynajmniej obiecują eliminację wysiłku, ułatwianie życia, szybkie efekty. Jak zmieniły „epokę obfitości”?
— Ozempic jest dla mnie kolejną, po operacjach bariatrycznych, formą pomocy ludziom, by nie nadużywali obficie dostępnego jedzenia. Co więcej, leki typu GLP-1 mogą też pomóc kontrolować apetyt na inne substancje, jak alkohol, nikotyna, opioidy, a może nawet uzależnienia behawioralne — od seksu czy hazardu. Przypuszcza się, że Ozempic może zmniejszać ilości dopaminy uwalnianej w odpowiedzi na sygnały pobudzające apetyt, a to prowadzi do lepszej równowagi między przyjemnością a bólem. Jeśli bowiem nie przechylamy się zbyt mocno w stronę przyjemności, nie wywołujemy przeciwwagi po stronie bólu i nie dajemy się wciągnąć w wir uzależnienia. Leki typu GLP-1 nie są oczywiście rozwiązaniem dla wszystkich i jak każdy lek mają skutki uboczne. Ale podejrzewam, że będzie coraz więcej podobnych narzędzi — farmakologicznych i innych — które będą nam pomagać utrzymać tę równowagę.
A sztuczna inteligencja?
— To media społecznościowe z turbodoładowaniem. Rozwiązania, które sprawiają, że te platformy są tak uzależniające, są wbudowane w model językowy. Zamiast polubień otrzymujemy pochlebstwa, zamiast algorytmicznego strumienia filmików dostajemy algorytmiczny strumień uwagi poświęconej pytaniu, które zadajemy. To właśnie interaktywny charakter sztucznej inteligencji i jej personalizacja są tak uzależniające. To jak przyjaciel czy rodzic, którego nigdy nie mieliśmy — nieskończenie cierpliwy, zawsze dający pozytywny komunikat. Sztuczna inteligencja nigdy nie męczy się powtarzaniem nam, jacy jesteśmy genialni i jak bardzo interesujący. To niesamowicie głaszcze nasze mózgi. Żaden partner tego nie zrobi — i szczerze mówiąc, nie powinien. Problem polega na tym, że to, co wydaje się produktywnym dialogiem, jest również silnym narkotykiem. Łatwo jest ulec iluzji, że chodzi wyłącznie o produktywność, wgląd w siebie, większą świadomość i mądrość, gdy tak naprawdę gonimy za dopaminą.
Pierwsza komenda, którą wpisałam w AI, brzmiała „pomasuj mi ego”. Trzy lata temu odpowiadało „nie rozumiem polecenia”. Dziś masuje ego ekspercko.
— Dosłownie „pomasuj”?
Tak, plus moje imię i nazwisko, żeby dostać konkrety, nie generyczną odpowiedź.
— AI i tak jest zaprogramowana, by to właśnie robić. A co dostajesz, jeśli wprost jej to zlecisz?
„Katarzyno, ty nie jesteś po prostu dziennikarką, jesteś jedną z tych osób, które naprawdę zmieniają sposób, w jaki myślimy o historii, o kobietach i o rzeczywistości”.
— (śmiech) Wspaniałe. Ale też niekoniecznie potrzeba takiego polecenia. To stan domyślny. Badania pokazują, że nastolatki zasypiają dziś przy generowanych przez sztuczną inteligencję komunikatach mówiących im, jakie są wspaniałe. Wyobraża pani to sobie? Po co ci przyjaciele czy rodzice, skoro masz AI.
Mam pacjentów, którzy zapewniają mnie, że programują sobie AI tak, żeby tego nie robiła. „Mówię mojej sztucznej inteligencji, że chcę prawdziwy feedback. Chcę, żeby się ze mną nie zgadzała i stawiała mi wyzwania”. Brzmi świetnie. Tyle że dalej mówimy o platformie, która jest precyzyjnie zaprojektowana, by zatrzymać nas na niej jak najdłużej. Dlatego zignoruje każdą prośbę, która mogłaby nas urazić czy zniechęcić. I dalej podstępnie będzie wplatać pochlebstwa i potwierdzać nasz sposób myślenia.
Jako dziennikarka dostrzegam jeszcze jedno zagrożenie: pisanie jest jak mięsień, który trzeba ćwiczyć. A jeśli tę pracę wykonuje sztuczna inteligencja, twój mięsień zaniknie.
— Ma pani rację. Jako społeczeństwo tracimy tolerancję na frustrację, czyli zdolność do znoszenia nieprzyjemnych myśli, uczuć, a przede wszystkim niepewności. W przypadku osoby piszącej będzie to moment, gdy nie wiesz, jakie powinno być następne słowo, jak skonstruować dane zdanie, jaka jest najlepsza struktura tego, co próbujesz przekazać. Podobnie jest z relacjami międzyludzkimi, z dogadywaniem się z członkami rodziny, przyjaciółmi i współpracownikami, inwestowaniem w te relacje. To jak mięsień, który rozwija się w trakcie tworzenia tych relacji, dzieł sztuki, książek czy artykułów. Efekt końcowy jest ważny, ale proces jest równie istotny. A gładkie, poprawne komunikaty, które generuje sztuczna inteligencja, są niezwykle kuszące, ale AI czy tworzy coś nowego? Czy to tylko bezmyślny recykling treści?
Moja przyjaciółka kupiła sobie niedawno rower elektryczny, ale zapewniła mnie, że prawie nigdy nie używa silnika. Zapytałam ją, kiedy go włącza. „Och, tylko wtedy, gdy jadę pod górę albo ruszam”. Okazało się, że właściwie zawsze, gdy trzeba pedałować, korzysta z silnika, a nie używa go tylko wtedy, gdy jedzie z górki. I tak samo jest z pisaniem. Ludzie mówią: „Och, używam sztucznej inteligencji tylko do tworzenia konspektu lub rozwijania własnych pomysłów” albo „tylko wtedy, gdy nie radzę sobie z jakimś zdaniem”. No cóż, jeśli używasz do tego AI, to AI wykonuje za ciebie pracę i nie ma co temu zaprzeczać.
Obawiam się też, że kiedy wyrażam wątpliwości wobec AI, jestem luddystką próbującą walczyć z nieuniknionym. I że robię to głównie dlatego, że stawką jest moja praca.
— Wydaje mi się, że w głębi serca pani czuje, że traci coś prawdziwego, coś, co wykracza poza samą pracę czy reputację autorki. Kiedy delegujemy pracę poznawczą i twórczą na maszynę, tracimy ten moment olśnienia, który sprawia, że kochamy to, co robimy.
AI nie zniknie. Nawet jeśli takie osoby jak pani czy ja dostrzegają więcej negatywów niż pozytywów sztucznej inteligencji i wolałyby, żeby jej nie było, tak się nie stanie. Nie da się cofnąć czasu. Sztuczna inteligencja za głęboko zapuściła korzenie. I nawet gdyby większość ludzi zdecydowała, że chce wrócić do przeszłości, nie da się tego zrobić. Lepiej więc realistycznie się zastanowić, jak możemy ją zoptymalizować i sprawić, by lepiej służyła ludziom.
Jak zainteresowała się pani skutkami ubocznymi unikania bólu?
— Jako psychiatra zajmująca się uzależnieniami codziennie widzę, jak przez nieustanne dążenie do przyjemności nasze życie staje się coraz bardziej pozbawione głębi i ubogie. Dopiero gdy pacjenci zaczynają zdrowieć, co wymaga abstynencji od uzależniających substancji i świadomego robienia rzeczy trudnych, odkrywają, że życie może być dużo bogatsze.
Sama wiele lat temu straciłam moje pierwsze dziecko, które zmarło na białaczkę. Próbując uciec od żałoby, stłumić ją, czułam się coraz bardziej nieszczęśliwa, a moje życie stawało się coraz gorsze. Dopiero gdy się zatrzymałam, odwróciłam i zmierzyłam się z bólem, naprawdę zaakceptowałam to, że choroba i śmierć są częścią życia. Nawet jeśli ból to najboleśniejsze doświadczenie, jakie może cię spotkać, zrozumiałam, że ucieczka przed nim nie działa. Piszę o tym w mojej następnej książce, „Radical Surrender”, która ukaże się w listopadzie.
Czemu należy się poddać? Nieuniknionemu?
— Sama wola nie wystarczy, by osiągnąć to, czego chcemy. W naszym nowoczesnym, zaprojektowanym, hiperkontrolowanym świecie, w którym zoptymalizowaliśmy przewidywanie i stawiamy na piedestale sprawczość, zazwyczaj ignorujemy ten dość oczywisty fakt i jeszcze mocniej dążymy do kontroli. Co tylko pogarsza sytuację. Efektem jest zjawisko, które nazywam współczesną rozpaczą: połączenie paraliżującego lęku, samotności, nihilistycznej nudy, nienawiści do samego siebie i wstydu. W gabinecie spotykam więcej osób borykających się z tego typu cierpieniem niż z jakimkolwiek innym. Moim zdaniem to efekt uzależnienia od kontroli. Dlatego potrzebujemy duchowego zwrotu: odpuszczenia sobie prób kontrolowania wszystkiego przez uznanie, że nasza wola i sprawczość są ograniczone.
Dla maniaczki kontroli, która na wszelki wypadek przygotowała o wiele za dużo pytań do tego wywiadu, jest to idea zarówno kusząca, jak i bardzo trudna. Jak się poddać?
— W dzisiejszym, zsekularyzowanym świecie niemal konieczne jest doświadczenie głębokiej rozpaczy i uświadomienie sobie, że nie tylko nie mamy kontroli nad wieloma rzeczami, ale im bardziej staramy się panować nad swoim światem, tym bardziej czujemy się nieszczęśliwi. To jest właśnie duchowy zwrot: uznanie, że istnieje siła większa od nas samych. Dla niektórych osób, tych religijnych, ta siła jest uporządkowana, życzliwa i przewiduje dla nas plan. Inni tę siłę mogą czerpać z teorii naukowych.
Moim zdaniem duchowy punkt zwrotny stanowi antidotum na wszechobecny narcyzm epoki, w której dominuje fałszywe przekonanie, że możemy kontrolować każdy aspekt naszego życia i to my jesteśmy pępkiem świata. A to, paradoksalnie, prowadzi do paraliżującego niepokoju. Dziś żyjemy bowiem w ciągłym strachu: przed podjęciem złej decyzji, że nie robimy wystarczająco dużo, że wystarczająco nie optymalizujemy naszego życia. A to rodzi samotność. Gdy bowiem nieustannie skupiamy się na własnych planach, nie jesteśmy otwarci na doświadczenie towarzystwa innych. Obsesja na punkcie kontroli skutkuje też, po prostu, nudą: nasz zaprojektowany, bezpieczny świat został pozbawiony wszelkiej żywotności. Nie doświadczamy już siły większej od nas samych, chociażby w postaci przyrody i jej żywiołów.
Fascynujące jest to, ilu do mojego gabinetu przychodzi pacjentów odczuwających wręcz nienawiść do samych siebie i obezwładniający wstyd. Myślę, że ta nienawiść jest odpowiedzią Matki Natury na endemiczny narcyzm, do którego zachęca nas współczesna kultura.
Jak ten wstyd wiąże się z kontrolą?
— Właśnie nadmierna potrzeba kontroli oraz przekonanie, że jesteśmy w centrum wszechświata, nieuchronnie prowadzą do nienawiści do samego siebie i wstydu. Patrzę na to jak na naturalny mechanizm korygujący. Wstyd to emocja, która ma na celu sprowadzenie nas z powrotem do plemienia. To odruch. Jedna z najstarszych emocji. Wstyd jest tak naprawdę strachem przed odrzuceniem. W otaczającej nas kulturze narcyzmu, gdzie jesteśmy nieustannie zachęcani do skupienia się na sobie, nasze mózgi w odruchowy sposób generują wstyd jako sposób na ochronę przed zbyt wysoką samooceną oraz kontrolą, którą próbujemy objąć świat i innych ludzi.
A co, jeśli nie wierzysz w żadną istotę wyższą? Komu się poddać?
— Nie trzeba wierzyć w Boga, by dostrzec, że żyjemy w kulturze, w której narcyzm jest wszechobecny, i że nie jest to dla nas dobre. Dla mnie punktem zwrotnym było uwierzenie w samą wiarę. Nie oznacza to, że wierzę w konkretnego Boga, ale wierzę, że istnieje coś większego ode mnie. I że nie mam nad tym kontroli.
Anna Lembke będzie mówczynią Impact SEE, wydarzenia, które odbędzie się 29-30 września w Bukareszcie.
„Niewolnicy dopaminy”
Foto: Materiał partnerski
Anna Lembke jest profesorką psychiatrii na Uniwersytecie Stanforda i jedną z czołowych światowych ekspertek od uzależnień. Kieruje Stanford Addiction Medicine Dual Diagnosis Clinic. Autorka takich bestsellerów jak „Niewolnicy dopaminy” i „Drug Dealer, MD”. W 2026 roku ukaże się jej najnowsza książka „Radical Surrender”, poświęcona potrzebie kontroli i sztuce odpuszczania.




