Paulina Hennig-Kloska — inaczej niż Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz — od razu zapewniła Donalda Tuska, że „nie będzie dymić” i sprawiać problemów. Ale w KO nie ma specjalnej chęci do wchodzenia z jej środowiskiem w układ wyborczy. Dlatego Hennig-Kloska ma inny plan. A do jego realizacji potrzebowała powołania nowej partii Unia Centrum.
Paulina Hennig-Kloska i Michał Kobosko założyli nową partię. Nową wyłącznie z nazwy, bo całość jest zbieraniną mikroruchów, które mają dawać wrażenie świeżości. Plan wydaje się dość prosty — stworzyć platformę, która pozbiera rozbitków i uciekinierów.
Elżbieta Bińczycka, Michał Kobosko i Paulina Hennig-Kloska podczas ogłoszenia powstania nowej partii — Unii Centrum, 12 lipca 2026 r., Warszawa
Foto: Tomasz Gzell / PAP
Unia Centrum na niebiesko i na zielono
Unia Centrum — tak będzie się nazywała nowa partia Pauliny Hennig-Kloski (wcześniej Nowoczesna, Polska 2050). Skąd ta Unia się wzięła? Otóż stąd, że była polityczka ugrupowania Szymona Hołowni postanowiła zawiązać współpracę z inną polityczką — Elżbietą Bińczycką, szefową Unii Europejskich Demokratów. Nawet najwięksi koneserzy polskiej sceny politycznej mogą nie pamiętać o istnieniu tej kanapowej partyjki, ale zaraz przypomnimy jej historię.
— Podjęliśmy decyzję, by utworzyć nowe środowisko polityczne, które będzie funkcjonowało także z silną reprezentacją w polskim parlamencie, pod nazwą „Unia Centrum”. Dziś mamy czas, kiedy wartości takie jak odpowiedzialność za państwo należy łączyć z odwagą. Rozwój gospodarczy kraju z dbałością o środowisko. Chcemy właśnie dokładnie taki katalog wartości reprezentować na scenie politycznej — ogłosiła Paulina Hennig-Kloska.
„Przyjęliśmy barwy niebiesko-zielone, ponieważ odzwierciedlają wartości, na których chcemy budować nasze środowisko polityczne. Niebieski oznacza wolność, przedsiębiorczość, nowoczesność i silną gospodarkę. Zieleń to odpowiedzialność za środowisko, czyste powietrze, bezpieczeństwo energetyczne i troska o przyszłe pokolenia. Wierzymy, że rozwój gospodarczy i ochrona środowiska nie stoją ze sobą w sprzeczności. Przeciwnie — wzajemnie się wzmacniają” — czytamy w oświadczeniu ugrupowania wydanym z okazji powołania nowej formacji.
Polska 2050 rozdarta na dwie
Brzmi bardzo poważnie, żeby nie powiedzieć patetycznie, ale politycznie sprawa jest niezwykle prosta. Hennig-Kloska postanowiła znaleźć dla siebie miejsce na przyszłoroczne wybory parlamentarne. Po wyborach prezydenckich rok temu rozpadła się Trzecia Droga, którą Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz zawiązali przed wyborami 2023 r. Układ był skuteczny i korzystny dla wszystkich, bo w wyborach formacja dostała ponad 14 punktów i mogła zacząć poważnie negocjować z Donaldem Tuskiem.
Jednak od samego początku było jasne, że obaj liderzy — chociaż naprawdę dobrze się dogadywali — mają zupełnie inne ambicje i zupełnie inne polityczne temperamenty. Dlatego od początku w negocjacjach z KO występowali jako dwa różne podmioty. Od razu było też jasne, że będzie to ze szkodą przede wszystkim dla Hołowni. Nie dlatego, że ktoś „świeżaka” chciał jakoś specjalnie oszukać, ale dlatego, że Hołowni najbardziej zależało na własnej karierze i kolejnym podejściu do wyścigu prezydenckiego. Reszta była mniej istotna.
Z perspektywy czasu widać, że gdyby Trzecia Droga negocjowała z KO jako jedna formacja, prawdopodobnie uzyskałaby więcej. PSL ma stanowisko wicepremiera i cztery resorty. Polska 2050 dostała rotacyjnego marszałka i dwa ministerstwa, bez teki wicepremiera, którą wywalczyła nawet najmniejsza w tej układance Lewica. Dopiero rok temu po rekonstrukcji rządu PL2050 na otarcie łez dostała jeszcze jeden resort. Jak to się wszystko dalej potoczyło, wiadomo. Polska 2050 rozpadła się na dwie równe części. Na czele jednej stanęła Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, na czele drugiej — Hennig-Kloska. Hołownia, po paru miesiącach politycznej niemocy i wahań, czy właściwie widzi się nadal na scenie politycznej, został przy swojej dawnej partii. Ale patrząc na to, co się z nią stało, chyba trochę żałuje, że nie wziął odpowiedzialności i nie stanął na jej czele po bardzo bolesnej porażce w wyborach prezydenckich. Mamy zatem dwie liderki, dwa ugrupowania i dwie zupełnie różne strategie polityczne.
Hennig-Kloska zapewniała, że nie będzie „dymić”
Pełczyńska-Nałęcz postanowiła wybrać drogę „na zwarcie”. Jest w ciągłym konflikcie z premierem, ale także z pozostałymi dwoma koalicjantami. Każdy z ministrów spoza Polski 2050 na pytanie, „czy miał pan konflikt z panią minister Pełczyńską?”, odpowiada: „a kto nie miał”. Nie buduje sojuszy i chce sama dostać się do Sejmu w przyszłym roku. A przynajmniej takie chęci deklaruje teraz — na ponad rok przed wyborami. W koalicji natomiast co chwila słychać, że pani minister będzie żegnać się z pracą w resorcie i zostanie z układu rządowego po prostu wypchnięta, a jej posłowie przejęci przez inne partie.
Paulina Hennig-Kloska i Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz podczas posiedzenia rządu, 3 marca 2026 r.
Foto: Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.pl
Hennig-Kloska przyjęła zupełnie inną strategię. Od razu zapewniła Tuska, że „nie będzie dymić” i sprawiać problemów. Ale w KO nie ma też specjalnej chęci do wchodzenia z jej Centrum w układ wyborczy. To zawsze się wiąże z ustępstwami i oddaniem przynajmniej paru miejsc potencjalnie „biorących” na listach. Ministra klimatu chyba wyczuła, że na razie rozmów o kształcie list wyborczych KO nikt nie będzie z nią prowadził i postanowiła działać. Stąd wejście w związek z Unią Europejskich Demokratów (UED).
Unia Centrum bliżej ludowców
UED to mikropartyjka, która w prostej linii jest dziedziczką Unii Wolności. Powstała bowiem z resztek upadającej Partii Demokratycznej — Demokraci.pl (dziedziczki UW) i połączenia ze Stowarzyszeniem Europejskich Demokratów. Ci ostatni to czterech polityków PO, którzy z różnych powodów znaleźli się poza partią. Naprawdę istotni byli tylko Michał Kamiński i Jacek Protasiewicz, pozostali dwaj Stanisław Huskowski i Stefan Niesiołowski dość szybko rozstali się z kolegami. Huskowski zrezygnował z polityki, a Niesiołowski wrócił po latach do PO.
Kamiński i Protasiewicz chcieli nadal sprawdzać się w polityce i dlatego szefową partii Unia Europejskich Demokratów została Elżbieta Bińczycka. Żaden z panów po prostu nie chciał ustąpić temu drugiemu palmy pierwszeństwa. I obecny wicemarszałek Senatu, i były poseł mają bowiem spore ego, które zapewne ucierpiałoby, gdyby ten drugi został szefem. Od samego początku UED jest w koalicji z PSL, a kandydaci na parlamentarzystów startują z listy ludowców i są elementem paktu senackiego.
I to jest element planu Hennig-Kloski — wejść w układ z partią, która ma już od dawna wypracowany sojusz z ludowcami. Wszystko dalej jest naturalną koleją rzeczy. PSL szuka do startu dodatkowych rąk na pokład, a Centrum szalupy ratunkowej. W kuluarach słychać także, że PSL myśli o jakimś powrocie do Trzeciej Drogi i rozmowach z Hołownią. Istotne w tym jest zaznaczenie, że z Hołownią, a nie z Pełczyńską-Nałęcz. To wszystko ma polityczny sens, chociaż zapewne tym razem nie będzie ruchem na miarę kilkunastu procent, bo ze świeżością i polityczną nowalijką nie ma to nic wspólnego. Jest raczej odgrzewaniem politycznego kotleta, które oczywiście może znaleźć pasjonatów, ale na pewno nie na miarę wygranej.





