Ciężko mi się uwolnić od pretensji do samej siebie. I poczucia, że jestem nic niewarta, skoro nikt mnie nie chciał — usłyszałam od jednej z klientek swatki Anny. Ona sama twierdzi jednak, że rozczarowanych jej usługami było po prostu kilka klientek, które wymagały zbyt dużo. Ale po publikacji tekstu na temat działalności swatki, zgłosiły się do mnie kolejne kobiety, które czują się oszukane.
Przed tygodniem opisałam historię klientek swatki Anny Guzior-Rutyny. Kobiet, które czują się oszukane nie dlatego, że nie znalazły miłości. Ale dlatego, że zapłaciły dużo pieniędzy — czasem nawet 35 tys. zł — i nie odbyły żadnej randki, oferty były im przesyłane rzadko i często zupełnie nie odpowiadały ich oczekiwaniom. Do tego potrafiły tygodniami czekać na odpowiedź od swatki. Usługa, która miała być ekskluzywnym, indywidualnym wsparciem, w ich ocenie okazała się kosztowną wydmuszką.
Swatka Anna proponuje alternatywę
Swatka Anna wypowiedziała się w tekście, twierdząc, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Tę narrację kontynuowała na swoich profilach w mediach społecznościowych również po ukazaniu się materiału. Powtórzyła, że ona nic nie gwarantuje.
„Rozumiem, że ktoś może czuć rozczarowanie, jeśli nie osiągnął oczekiwanego rezultatu. Jednak uczucia nie zawsze oznaczają, że doszło do oszustwa” — napisała w jednym z postów. Tyle że żadna z kobiet, z którymi rozmawiałam, nie oczekiwała gwarancji miłości. Nie kupowały obietnicy szczęśliwego zakończenia jak z komedii romantycznej. Liczyły na coś znacznie bardziej podstawowego — że poznają mężczyzn, z którymi będą mogły usiąść przy kawie, porozmawiać, sprawdzić, czy jest między nimi jakakolwiek chemia.
Część z nich świadomie zrezygnowała z aplikacji randkowych. Niektóre — jak terapeutki czy lekarki — nie mogą z nich korzystać, bo mogłyby natknąć się na własnych pacjentów. Dlatego zaufały profesjonalistce i zapłaciły za usługę, która miała być alternatywą.
Swatka Anna? Zgłaszają się kolejne kobiety
Dzień po naszej publikacji swatka ogłosiła, że przestaje przyjmować zgłoszenia kobiet do większości dostępnych pakietów. To o tyle zaskakujące, że wcześniej podkreślała, jak dużą bazą mężczyzn dysponuje. Trudno więc nie postawić pytania: czy dysproporcja między liczbą kobiet i mężczyzn w bazie była większa, niż przedstawiano klientkom?
Anna Guzior-Rutyna przekonuje również, że chodzi o zaledwie kilka niezadowolonych — i, można odnieść wrażenie, roszczeniowych — klientek. Że reszta to internetowy hejt. Podkreśla, że przecież połączyła wiele par, choć podczas rozmowy ze mną nie potrafiła wskazać ich dokładnej liczby.
Tyle że po publikacji tekstu zaczęły zgłaszać się do mnie kolejne kobiety. Każda z własną historią, ale zaskakująco podobnym doświadczeniem. Zapłacone tysiące złotych. Brak randek. Poczucie pozostawienia bez informacji i bez realnego wsparcia.
Jedna z nich napisała, że to, czego doświadczyła, było dla niej traumą. Czuje się podobnie jak jedna z klientek, która powiedziała mi: — Ciężko mi się uwolnić od pretensji do samej siebie. I poczucia, że jestem nic niewarta, skoro nikt mnie nie chciał. Że coś musi być ze mną nie tak. Niby wiem, że to nie moja wina, ale emocje robią swoje.
To właśnie najbardziej porusza w tej historii. Bo skutkiem nie jest wyłącznie strata pieniędzy. Dla wielu tych kobiet dużo boleśniejsze okazało się przekonanie, że skoro nawet profesjonalna swatka nie potrafiła znaleźć dla nich nikogo, to problem tkwi w nich. Samotność, z którą przyszły po pomoc, stała się jeszcze bardziej dotkliwa.
Nie tylko swatka. Od aplikacji po „Love is Blind”
Inna kobieta napisała mi, że odzyskała pieniądze, ale wymagało to wielu starań w UOKiK, Inspekcji Handlowej i rzecznika praw konsumenta. Wystosowała też do swatki pismo, aby ta udokumentowała działania na jej rzecz. „Bo tu nie chodzi o rezultat, tylko o to, czy ona komukolwiek mnie przedstawiła. Pani Anna napisała, że jej usługi są specyficzne i odmówiła” — opisuje kobieta.
Mam wrażenie, że właśnie w tym kryje się sedno tej historii. Nie w tym, że ktoś nie znalazł partnera. Nie w tym, że miłości nie da się zagwarantować. To oczywiste. Pytanie brzmi, czy usługa, za którą klientki płaciły często równowartość kilku miesięcznych pensji, była wykonywana z należytą starannością i czy odpowiadała temu, co im obiecywano.
Wiele z osób, z którymi rozmawiałam, chciało zadać to pytanie samodzielnie na profilach swatki w mediach społecznościowych. Albo przestrzec przed wydawaniem takich pieniędzy. Zostały jednak przez Annę Guzior-Rutynę zablokowane. Po publikacji tekstu i mnie spotkał ten los — nie mogę już odwiedzić jej profilu na Instagramie. Sam fakt zablokowania nie jest oczywiście niczym nagannym. To jednak kolejny elementem historii, w której zamiast dialogu z osobami zgłaszającymi zastrzeżenia pojawia się raczej odcięcie od niewygodnych głosów.
W czasach, gdy budowanie relacji staje się coraz trudniejsze, a ludzie szukają miłości wszędzie — od aplikacji randkowych po programy takie jak „Love is Blind” — zupełnie nie dziwi mnie, że część z nich decyduje się zaufać swatce. Tym większa odpowiedzialność spoczywa na kimś, kto wkracza w jeden z najbardziej wrażliwych obszarów ludzkiego życia: samotność, nadzieję i potrzebę bliskości. Bo tutaj stawką nigdy nie są wyłącznie pieniądze. Czasem największym kosztem okazuje się utrata wiary w siebie.