Nie potrzeba żadnej ogólnokrajowej komisji ds. pedofilii, żeby zająć się tym problemem na poważnie. Nie trzeba czekać, aż Episkopat po trzech latach zaakceptuje dokumenty i wybierze przewodniczącego. Najnowsza wymówka biskupów, którą tłumaczą swoją indolencję i marazm, przestała mieć jakikolwiek sens wobec tego, co wydarzyło się właśnie w Katowicach. Czy to początek poważnych zmian w Kościele?
16 maja napisaliśmy w „Newsweeku”, że do krakowskiej kurii zgłaszają się kolejne kobiety, które miały być molestowane seksualnie przez nieżyjącego już biskupa pomocniczego Jana Szkodonia. Obecny metropolita kardynał Grzegorz Ryś przyjął każdą z nich na spotkanie i przynajmniej jednej złożył ważną obietnicę. Miała powstać niezależna komisja, która ustali skalę krzywd, jakich wyrządził nieżyjący hierarcha.
— Na spotkaniu ze mną kardynał był „do rany przyłóż”. Powiedział, że komisja historyczna w sprawie Szkodonia musi powstać, niezależnie od krajowej, bo to zupełnie inny wątek, który nie dotyczy pedofilii… Ale minęły dwa tygodnie i kuria jakby zmieniła zdanie o 180 stopni — relacjonowała mi Zofia Schacht-Petersen.
Po naszym artykule momentalnie zareagował rzecznik prasowy krakowskiej kurii, wydając oświadczenie: „Nieprawdą jest podana w tytule i leadzie artykułu red. Szymona Piegzy informacja, że »kardynał Ryś obiecał powołanie komisji, ale się z tego wycofuje«. Metropolita krakowski jest przekonany o potrzebie powołania diecezjalnej komisji historycznej, która wyjaśni także sprawę zmarłego biskupa Jana Szkodonia. Kardynał czeka jednak na ukonstytuowanie się komisji ogólnopolskiej, żeby ustalić możliwości współpracy oraz zakres działania komisji diecezjalnej”.
Cały problem polega jednak na tym, że kard. Ryś szybko zmienił w tej sprawie zdanie. Zranionym kobietom na prywatnych spotkaniach mówił jedno, a w mediach już zupełnie coś innego.
Biskup oskarżany o molestowanie seksualne. To kolejna taka sprawa w polskim Kościele
Fakty pozostają jasne: kard. Ryś mógłby rozpocząć badanie sprawy biskupa Szkodonia w każdym momencie, jeśli tylko by tego naprawdę chciał. I, zgodnie z prawem kanonicznym, nie musiałby czekać na powstanie ogólnopolskiej komisji.
To, że taki ruch naprawdę jest możliwy, udowodnił właśnie biskup katowicki Andrzej Przybylski oraz jego najbliżsi współpracownicy. Jak informowaliśmy w poniedziałek w Onecie, do kurii w Katowicach już w lutym zgłosił się mężczyzna, który poinformował, że w dzieciństwie był molestowany seksualnie. Zapytany o sprawcę, wskazał właśnie nieżyjącego biskupa Bernackiego.
To oznacza, że w Katowicach mamy dokładnie taką samą sytuację, jak w Krakowie. Dorosłe osoby zgłaszają, że w przeszłości były wykorzystywane seksualnie przez biskupa. I w jednym, i w drugim przypadku sprawca już nie żyje. To zdecydowanie komplikuje całą procedurę. Zarówno w świeckim, jak i w kościelnym prawie w takich przypadkach nie przeprowadza się postępowania wyjaśniającego, a sprawę kończy się umorzeniem.
W Kościele katolickim każdy biskup ma jednak możliwość przeprowadzenia badania historycznego. Takie dochodzenie nie skupia się na aspekcie karnym, gdyż zmarły nie ma prawa do obrony, ale polega na zgromadzeniu dokumentów, przesłuchaniu świadków, a przede wszystkim otoczenia opieką osób pokrzywdzonych. Zespół historyczny może także przeanalizować mechanizmy, które w przeszłości doprowadziły do przestępstw oraz wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Dokładnie w takim kierunku od kilku miesięcy zmierza katowicki zespół, który wczoraj w oficjalnym komunikacie do wszystkich, którzy mogli doświadczyć krzywdy ze strony zmarłego bp. Gerarda Bernackiego, a także do osób posiadających wiedzę o ewentualnych krzywdach, przestępstwach lub okolicznościach mogących mieć znaczenie dla wyjaśnienia sprawy.
Wymówka biskupów przestała mieć znaczenie. Już nie mogą wykręcać się komisją
Reakcja katowickiego biskupa była nie tylko błyskawiczna. Pokrzywdzony zgłosił się do kurii w lutym, a już 1 kwietnia został powołany specjalny zespół historyczny. Ale jest ona przede wszystkim nowym standardem, który powoli wytycza polski Kościół.
Przypomnijmy, że pierwszym hierarchą, który powołał specjalne zespoły do wyjaśnienia trudnych spraw w Kościele, był Artur Ważny. Nowy biskup sosnowiecki otrzymał diecezję w stanie daleko idącego rozkładu, po serii homoseksualnych skandali, które wstrząsnęły całą Polską. Niespełna dwa miesiące po tym powołał dwie komisje, które miały ocenić stan moralny i finansowy diecezji.
W Sosnowcu nie pojawiło się jednak podejrzenie, że biskup mógł wykorzystywać seksualnie ministrantów. Natomiast całkowicie niezależną od Episkopatu komisję historyczną, która zajmie się także problemem nadużyć seksualnych, jeszcze w Łodzi powołał nie kto inny, jak kard. Ryś. Tym bardziej dziwi fakt, że nie powtórzył tego w Krakowie.
Jedno jest pewne: biskup Przybylski pokazał właśnie, że nie warto tracić czasu na czekanie, tylko pora brać się za robotę. Pokrzywdzonym należy się prawda i zadośćuczynienie, nawet jeśli od ich krzywdy minęło już kilkadziesiąt lat. Tym bardziej że tworzenie krajowej komisji od trzech lat rodzi się w bólach. I dziś tak naprawdę nikt nie wie, kiedy ona naprawdę zacznie działać.