Afera z młodym lekarzem milionerem Dawidem Kacprzykiem — byłym już politykiem KO — może poważnie zaszkodzić obecnej formacji rządzącej w nadchodzących wyborach. Jest kwintesencją tego, dlaczego ludzie gardzą politykami. I może odbić się polityczną czkawką.
W tej historii mamy przecięcie niemal wszystkiego, co najbardziej (i słusznie!) irytuje Polaków: absurdalnie wysokie zarobki młodego, politycznie ustawionego człowieka (który na dodatek przynajmniej część z nich pobierał nielegalnie), fory w ochronie zdrowia dla „swoich” przy jednoczesnych problemach systemu łatanego coraz częściej z prywatnych kieszeni osób chorych i ich rodzin. To się nie może dobrze skończyć.
Zacznijmy od tego, że wydłużające się kolejki do specjalistów są jednym z naprawdę niewielu parametrów, które w Polsce od lat systematycznie się pogarszają. Gdzie nie przyłożyć ucha, tam w naszym kraju widać poprawę — coraz lepiej zarabiamy, mamy więcej oszczędności, coraz mniej pracujemy, częściej jeździmy na wakacje, mamy lepsze drogi, na których ginie coraz mniej osób, spada przestępczość. Nie jest to bynajmniej żadna prorządowa propaganda. Wskaźniki bowiem poprawiają się bez względu na to, kto akurat trzyma stery władzy. Na to wszystko są trudne do podważenia dane.
Dlaczego wkurza nas salonik VIP
W opiece zdrowia jest jednak inaczej. Według analizy Fundacji Watch Health Care, która od ponad dekady analizuje kwestie dostępności do publicznej ochrony zdrowia, pod koniec 2025 r. średni okres oczekiwania do specjalisty wynosił 4,2 miesiąca. Z danymi możemy cofnąć się do 2012 r. Wtedy czas oczekiwania wynosił nieco ponad dwa miesiące. W całym analizowanym okresie na wykresie widać „ząbki”. Były lata, kiedy czas oczekiwania na specjalistów się nieco skracał, czasem następował kilkuletni okres „wypłaszczenia się” krzywej. Trend jest jednak wyraźny — w kolejkach czekamy zauważalnie dłużej niż dekadę temu.
Powodów tego stanu rzeczy jest kilka. Na zdrowie Polska wciąż wydaje mniej niż przeciętne państwo w Unii Europejskiej. Według Eurostatu średnia wydatków publicznych na ten cel wynosi 7,4 proc. PKB. Polska przeznacza na nie „zaledwie” 6,1 proc. (co stanowi i tak zauważalny wzrost względem tego, ile wydawaliśmy dekadę wcześniej — 4,6 proc.).
Piszę „zaledwie”, ponieważ na relatywnie niskie wydatki nakłada się proces starzenia się społeczeństwa. A ten oznacza zwiększający się odsetek osób starszych. Seniorzy — z oczywistych względów — są „drożsi” dla systemu niż osoby młode. Do tego doszła tak zwana ustawa podwyżkowa, która miała zagwarantować (pożądane!) podwyżki. Były one konieczne choćby po to, żeby zachęcić młodych ludzi do wyboru kierunków pielęgniarskich. Warto przy tym pamiętać, że zręby dzisiejszego systemu ochrony zdrowia, tworzonego w latach 90., zakładały wyższą niż obecna 9-procentową składkę zdrowotną.
W dużej mierze te właśnie procesy dokładają się do pogarszającej się dostępności lekarzy specjalistów. Deficyty są łatane albo abonamentami medycznymi, albo po prostu prywatnymi wizytami. Wiele osób zresztą już zauważyło, że i ten system zaczyna się korkować — abonamenty drożeją, a kolejki do lekarzy wydłużają się również w sektorze prywatnym.
Pokoik VIP Dawida Kacprzyka
I w takim właśnie krajobrazie pojawia się 28-letni Dawid Kacprzyk, młody lekarz, działacz partii rządzącej, który zarobił ponad 1,5 mln zł w systemie publicznym i jednocześnie — o czym donosi portal Zero.pl — skracał politykom KO oraz ich rodzinom kolejki do badań.
Oraz — co być może jeszcze bardziej oburzające — wygospodarował im rodzaj VIP-owskiego pokoiku, żeby ci nie musieli się przypadkiem stykać ze „zwyklakami” w szpitalnych kolejkach. To wszystko brzmi jak polityczne samobójstwo z odroczonym terminem wykonalności. Data — najbliższe wybory parlamentarne.
Dawid Kacprzyk jako radny warszawskiego Ursusa musiał złożyć oświadczenie majątkowe. Wynika z niego, że w 2025 r. jego oszczędności wzrosły do 700 tys. zł. Rok wcześniej wynosiły 160 tys. zł, co jak na 26-latka i tak jest naprawdę sporą sumką. W zeszłym roku działalność gospodarcza przyniosła mu prawie 1,6 mln zł. W mediach pojawiają się również informacje, że młody działacz kupił sobie Porsche Panamerę.
Zestawmy to z zarobkami Polaków. Główny Urząd Statystyczny dysponuje informacjami na temat rozkładu dochodów etatowców. Według najświeższych danych z grudnia ubiegłego roku średnia płaca wynosiła 9 800 zł brutto. Mediana, czyli płaca, poniżej której połowa Polaków zarabia mniej i powyżej której połowa zarabia więcej, wyniosła 7 900 zł brutto. Górny decyl, czyli 10 proc. najlepiej zarabiających osób na umowach o pracę, otrzymywał pensje w wysokości 16 300 zł, co rocznie daje niecałe 200 tys. zł. Dawid Kacprzyk zarobił w zeszłym roku osiem razy więcej.
Oczywiście najzamożniejsi prawie nigdy nie są na etatach, tylko choćby na działalnościach gospodarczych. Umykają więc GUS-owskim analizom. Podobnie było zresztą z politykiem-lekarzem. Samo to stanowi przejaw patologii z dwóch powodów. Po pierwsze, praca, którą wykonywał (czy na pewno „wykonywał”, to jeszcze się przekonamy), prawdopodobnie spełniała znamiona stosunku pracy. „Po bożemu” powinien być zatrudniony na umowie o pracę. A po drugie, przy tak absurdalnie wysokich dochodach najprawdopodobniej płacił miesięcznie około 2 tys. zł składek ZUS-owskich.
Polityczna bomba
Według raportu KPMG osób z dochodem powyżej miliona złotych w Polsce w 2024 r. było około 75 tys. Rok później (czyli w czasie, kiedy młody lekarz zarobił swój pierwszy milion) prawdopodobnie było ich więcej, ale niewiele więcej. Przy około 17 mln osób pracujących. Oznacza to, że Kacprzyk należał do grona — pi razy oko — 0,2 proc. najlepiej zarabiających Polaków.
Kacprzyk nie był przy tym szeregowym, nikomu nieznanym członkiem partii rządzącej. Był szefem Nowej Generacji, czyli młodzieżówki KO. Takie osoby muszą być znane, i to całkiem dobrze, wysoko postawionym politykom.
Ale to nie wszystko. Okazuje się bowiem, że młody lekarz był koordynatorem SOR w Szpitalu Południowym. A — jak donosi „Gazeta Wyborcza” — nie powinien nim jednak być, ponieważ nie miał specjalizacji. Mało tego, według informacji podanej przez szpital Kacprzyk miał przepracować w 2025 r. prawie 4 tys. godzin. Co oznaczałoby, że gdyby pracował bez ani jednego dnia wolnego, to musiałby spędzać w pracy codziennie 11 godzin. Jednocześnie — jak sam twierdził — robił specjalizację. Pojawiał się też jako ekspert od ochrony zdrowia w TVP i TVN. Powiedzieć, że coś tu nie gra, to nic nie powiedzieć.
Mamy więc system ochrony zdrowia, który ulega powolnej degradacji (również z powodu chronicznego niedofinansowania), mamy młodego działacza politycznego, który zarabia miliony za funkcję, której nie powinien pełnić. Najprawdopodobniej również był na tyle bezczelny, że wystawiał faktury za czas, kiedy realnie nie było go na dyżurach. Do tego, o ile doniesienia się potwierdzą, pomagał w omijaniu kolejek krewnym i znajomym królika. Którzy są współodpowiedzialni za to, że system działa, jak działa.
To wszystko zdaje się być kwintesencją tego, dlaczego ludzie gardzą politykami (według badania CBOS z 2025 r. „polityk” jest na przedostatnim miejscu w hierarchii zawodów według poważania społecznego). Mamy tu więc marketingowo-polityczną bombę, która została zdetonowana w wyniku absolutnej bezczelności. Po pierwsze, bezczelności tego młodego człowieka, który z jakiegoś powodu nie potrafił opanować swojego apetytu. A po drugie, osób, które mogłyby ten apetyt przyhamować, ale też tego nie zrobiły.