Winę za antyukraińskie nastroje ponoszą politycy. Ci sami, którzy w 2022 r. mówili Polakom, że warto pomagać uciekającym przed wojną sąsiadom, a potem dali sygnał, że już koniec z pomocą.
„Będziecie wyp… na swoją Ukrainę” — usłyszały nastoletnie Ukrainki jadące miejskim autobusem w Bielsku-Białej. Takie podłe słowa dziewczyny usłyszały od dorosłego mężczyzny, który groził im i wyzywał, nie przebierając w słowach. Policja już tego człowieka zatrzymała, a bielski MZK poinformował, że był on, bo już nie będzie, pracownikiem spółki, aktualnie na zwolnieniu.
Przez Polskę przetoczyła się fala oburzenia, ludzie bezradnie pytali: dlaczego dziewczynki, które uciekły do Polski przed wojną w swoim kraju, spotkała u nas taka agresja?
Odpowiedź jest niestety prosta: po początkowej euforii, gdy cały naród, łącznie z politykami, rzucił się do pomagania uchodźcom z Ukrainy, dość szybko nastąpiło zmęczenie wojną za naszą wschodnią granicą. Zniknęły deklaracje bezwarunkowej solidarności z Ukrainą, za to coraz częstsze były spory o koszty pomocy, o świadczenia socjalne dla uchodźców, dyskusje o konieczności ochrony polskiego rynku pracy czy rozliczeniu zbrodni wołyńskiej.
I natychmiast skorzystali z tego prawicowi politycy: kiedy tylko minęło uniesienie z powodu naszej własnej szlachetności i hojności, przestali się wstydzić tego, że ich głównym sposobem działania jest szczucie. I zaczęli szczuć na Ukraińców.
„Polska nie może być frajerem”
Szczególne „zasługi” ma na tym polu oczywiście Grzegorz Braun, lider Konfederacji Korony Polskiej, który z maniakalnym wręcz uporem mówi o „ukrainizacji Polski”, twierdzi, że władze podporządkowały polskie interesy Ukrainie. Do jego ulubionych zwrotów należy „banderyzacja” Ukrainy. Braun stanowczo sprzeciwia się finansowaniu sił zbrojnych Ukrainy, ale także protestuje przeciwko rzekomym przywilejom dla obywateli Ukrainy mieszkających w Polsce.
Również Sławomir Mentzen, twórca Nowej Nadziei, sporą część swojej kampanii prezydenckiej w 2025 r. poświęcił na krytykowanie decyzji polskiego rządu o przekazywaniu uzbrojenia Ukrainie. Z lubością i wielkim przekonaniem powtarzał, że Polska nie może być frajerem, musi od Ukrainy oczekiwać czegoś w zamian i dopilnować, by to dostać.
Wszelkie granice antyukraińskiej retoryki dawno przekroczył już Przemysław Czarnek z PiS. O wiceministrze Andrzeju Szeptyckim mówił, że to „Ukrainiec obrażający Polaków”, a podczas obchodów rocznicy zbrodni wołyńskiej oświadczył, że „moralnym obowiązkiem jest krzyczeć o powstrzymaniu odradzania się ideologii nazistowskiej na Ukrainie”. Wprawdzie Czarnek odnosił się do kultu UPA, a nie do całego państwa ukraińskiego, ale jego słowa do złudzenia przypominały rosyjską narrację propagandową. Całkiem niedawno były minister edukacji i kandydat PiS na przyszłego premiera zapowiedział złożenie uchwały, która ma zobowiązać Polskę do blokowania integracji Ukrainy z Unią Europejską.
Prezydent Karol Nawrocki był pierwszy: — Do czasu rozwiązania naszych spraw, w tym ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńskiego, nie widzę przyszłości Ukrainy w Unii Europejskiej i w NATO — mówił już w 2025 r. W czasie kampanii wyborczej wielokrotnie powtarzał, że trzeba ograniczyć tzw. „turystykę medyczną” Ukraińców do Polski.
Janusz Kowalski z PiS nie był oryginalny: powtarzał wszystko, co mówili tamci, tylko jeszcze częściej. Politycy z pozostałych ugrupowań parlamentarnych krytykowali głównie import ukraińskiego zboża, politykę historyczną Ukrainy, a ich wypowiedzi nie były wymierzone w Ukraińców. Lider Lewicy Włodzimierz Czarzasty wiele razy ostrzegał przed eskalowaniem sporów z Ukrainą i wskazywał, że leży to w interesie Rosji.
To nie były przywileje
Tyle że rządząca od 2023 r. koalicja po cichu, być może nawet nie do końca świadomie, robiła wiele, by pokazać, że Polska nie jest tym wyśmiewanym przez Sławomira Mentzena frajerem. Po rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2022 r. Polska stworzyła jeden z najbardziej hojnych systemów wsparcia dla uchodźców z Ukrainy w Europie. Niestety już dwa lata później ten pomocowy zapał zaczął ustępować miejsca polityce stopniowego ograniczania świadczeń. Bo to były świadczenia dla ludzi uciekających przed wojną w swoim kraju, a nie, jak chcieliby prawicowi politycy, nadmierne przywileje.
Najpierw zlikwidowano część nadzwyczajnej pomocy wprowadzonej tuż po rosyjskiej inwazji: m.in. jednorazowe świadczenie 300 zł oraz dopłaty dla osób prywatnych goszczących uchodźców. Następnie rząd zaostrzył zasady korzystania z zakwaterowania zbiorowego, ograniczając bezpłatny pobyt głównie do osób, które były w najtrudniejszej sytuacji.
Największe emocje wywołały jednak zmiany dotyczące świadczeń rodzinnych. Od września 2024 r. wypłata 800+ została powiązana z obowiązkiem uczęszczania dziecka do polskiej szkoły. Miało to zachęcić ukraińskie rodziny do integracji z polskim systemem edukacji, ale przede wszystkim odebrało im poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji w obcym kraju. Kolejne zmiany, wprowadzane od 2026 r., uzależniły prawo do świadczenia od spełnienia dodatkowych warunków, w tym aktywności zawodowej rodzica lub opiekuna.
Rząd cały czas przekonywał, że nie wycofuje się z pomocy Ukrainie, lecz kończy etap nadzwyczajnych rozwiązań wojennych i przechodzi do modelu opierającego się na integracji oraz zasadach zbliżonych do tych, które obowiązują obywateli Polski. I choć to brzmi jak racjonalne uzasadnienie, to jednak nie ma wątpliwości, że wszystkie kolejne ograniczenia wpisują się w zmianę nastrojów społecznych. A mówiąc wprost: w narastający i nieustannie podsycany przez prawicę antyukraiński sentyment. Ten sam, na którym politykę uprawia cała Konfederacja oraz Prawo i Sprawiedliwość. I choć żaden z koalicjantów nigdy by głośno nie użył słowa „frajer”, to jednak to właśnie obawa przed byciem frajerem w relacjach z Ukrainą dyktowała większą część tych decyzji. Bo już nastroje się zmieniły, Polacy uwierzyli Braunowi, Mentzenowi i Czarnkowi.
Odpowiedzialni są politycy
Efekty są widoczne: od dłuższego czasu organizacje monitorujące debatę publiczną alarmują o gwałtownym wzroście antyukraińskiej retoryki w mediach społecznościowych. Raport przygotowany przez Press Club Polska i Res Futura wskazuje, że liczba wrogich wpisów i narracji wymierzonych w Ukraińców wyraźnie wzrosła, a internet coraz częściej staje się miejscem, w którym króluje mowa nienawiści. Otwarta i bezkarna.
Zmiana widoczna jest także poza siecią. Organizacje pomagające uchodźcom opisują coraz częstsze przypadki wyzwisk, uciszania Ukraińców w miejscach publicznych, szykan wobec dzieci w szkołach czy dyskryminacji w miejscu pracy. W policyjnych statystykach jest coraz więcej incydentów związanych z niszczeniem ukraińskich symboli.
To straszne nagranie z miejskiego autobusu w Bielsku-Białej pokazuje coś więcej niż agresję jednego człowieka. Jest jasnym sygnałem, że antyukraińskie nastroje są w Polsce bardzo silne. Winę za to ponoszą politycy. Ci sami, którzy w 2022 r. potrafili pokazać Polakom, że warto pomagać uciekającym przed wojną sąsiadom, a potem dali sygnał, że już koniec z pomocą. To oni są odpowiedzialni za to, co usłyszały nastolatki z Bielska-Białej i wielu innych Ukraińców, którzy przyjechali do nas szukając bezpieczeństwa, a dostają teraz niechęć.
Ale odpowiedzialni są także ci wszyscy politycy, którzy głośno się temu nie sprzeciwiają, a wręcz przeciwnie, płyną na tej brunatnej fali. Szkoda, że tak szybko zapomnieli, jaki to był dla nas wszystkich piękny czas, gdy rzuciliśmy się Ukraińcom na pomoc. Jacy byliśmy szlachetni i bezinteresowni. Nikt nie czuł się wtedy frajerem, dopiero później politycy wmówili nam, że za pomoc coś się należy, a jak nie, to wynocha stąd. I to właśnie przez polityków ten człowiek z Bielska-Białej krzyczał do nastolatek: „Będziecie wyp… na swoją Ukrainę”.





